.

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział XV cz. II



 Witam i pozdrawiam po długiej przerwie. Rozdział miał być prawie miesiąc temu, ale weny zabrakło. Teraz jest lepiej, chociaż przez pewną sytuacje, rozdział będzie najpewniej za miesiąc.
Cieszy mnie fakt, że odsłon mojego bloga jest ponad 61 tyś. Średnio jest ok. 100 czytelników dziennie. Cieszy mni to niezmiernie, ale troszkę zasmucił mnie fakt, że pdo ostatnim rozdziałem było chyba 13 komentarzy. Spowodowane jest to pewnie tym, że w dość długich odstępach czasu dodaje notki. Jednak miło czasem dostać komentarz od czytelnika. Moje pisanie jest dosyć amatorskie, a rady czy też spostrzeżenia czytelników bardzo by mi się przydały :)

Chciałabym zaprosić wszystkich na mojego nowego bloga o młodym pokoleniu Harry'ego Pottera, prowadzącym głownie wątek Albusa i Rose i Scorpiusa :) HP Nowe Pokolenie  
Pojawił się dopiero prolog, ale mam nadzieje, że choć kilka osób poświeci chwilę nowej historii :)

Edit- rozdział prawie gotowy


Rozdział XV cz 2

--Pozwól, że opowiem ci pewną zaczęła się chyba już w Hogwarcie, tak przynajmniej mi się zdaje. Albo może i w przedziale Hogwart Ekspres. Bo bohater naszej opowieści, pozwól że będziemy go nazywać Duke, to od najmłodszych lat był pies na baby. Do tych najładniejszych dziewczyn zaliczały się chyba Daphne Greengrass, Cho Chang, Tracy Davis i Dianne Yaxley, więc oczywiście, póki nie zirytowały Duke’a, ten siedział z nimi w przedziale. Ale to nie mogło trwać długo, więc Duke opuścił ich przedział, przysięgając sobie, że nigdy w życiu nie chce mieć do czynienia z tymi idiotkami. W przedziale jednak tylko jedna osoba rzuciła mu się w oczy tak, że nie mógł sobie jej wybić z głowy przez najbliższy wieczór. Miała kręcone, lekko rozczochrane jasnobrązowe włosy i wielkie, mądre brązowe oczy. Tyle przynajmniej pamiętam. Więc ja – tak, ja też tu występuje - młody, niewinny, szalenie uroczy chciałem się przedstawić, ale Duke tylko złapał mnie za poły szaty i pociągnął do przedziału, obserwując wciąż tą mądralińską dziewczynkę.
W Hogwarcie, podczas ceremonii Duke został przydzielony do Slytherinu. Gdzie indziej mógłby w końcu trafić. Znałem go osobiście i wiedziałem, że mimo iż miał wówczas tylko jedenaście lat był bezwzględny, arogancki i nieco rozpieszczony. Taki po prostu był. Gdy usiadł już przy stole Ślizgonów uważnie obserwował pozostałych, którzy jeszcze nie mieli przydziału. Wśród nich była owa śliczna dziewczynka, tak wyróżniająca się od pozostałych. Wreszcie zostało wyczytane jej imię. Powiedzmy, że nazywała się… Claire… A więc Claire…
-- Czy ty mi opowiadasz bajkę? – zdumiała się Ginevra Weasley. Blaise Zabini zaśmiał się cicho i z lekkim, prawie niewidocznym rozczuleniem popatrzył na nią.
-- Siedź cicho i słuchaj! – parsknął pobłażliwie i niby od niechcenia objął Ginevrę ramieniem. Nie protestowała. – Tak więc Claire została przydzielona do Gryffindoru. Dra… znaczy Duke nie bił brawa. Czuł się zawiedziony. A dobiła go jeszcze bardziej informacja, że Claire była mugolaczką. Wstyd mu było. Bo wiesz, nie tak był wychowywany. Czarodziej zakochany w mugolaczce. Toż to wstyd. A więc, żeby nikt się niczego nie domyślił zaczął być dla niej coraz bardziej okrutny. Jeszcze bardziej irytował go fakt, że He… znaczy Claire spędzała dużo czasu z pewnym czarodziejem, który doprowadził do upadku potężnego czarnoksiężnika jako niemowlę i pewnym rudzielcem i piegusem, który nazywał się Carl…
-- Ale wiesz, że i tak domyślam się, że chodzi ci o Draco, Harry’ego, Hermionę i Rona… - powiedziała Ginny – nie musisz wymyślać innych imion…
-- Cicho, w ogóle nie dajesz mi opowiadać! – fuknął lekko zirytowany Blaise.  – No więc jak wiesz zazdrość prowadzi zawsze do głupich czynów, a w przypadku Duke’a objawiała się szyderstwem z Claire i wyśmiewaniem jej pochodzenia, aby nikt nigdy nawet nie podejrzewał, że mogła mu się podobać.
W drugiej klasie szkoła i uczniowie znaleźli się w wielkim niebezpieczeństwie. A szczególnie ci mugolskiego pochodzenia, jak Claire. A Duke o tym wiedział. Próbował ją ostrzec, to on w bibliotece ukradkiem położył obok jej książek starą księgę Salazara Slytherina, dzięki której Her… Claire znaczy się, dowiedziała się o bazyliszku i to on za pośrednictwem kolejnej książki podsunął jej pomysł o noszeniu przy sobie zawsze lusterka. Wiedział, że Claire jest bystra i doceni ten pomysł i dobrze go wykorzysta. Ale to właśnie on znalazł nieruchome ciało Claire po zaatakowaniu przez bazyliszka. W dłoni ściskała lusterko więc chyba żyła, a on , choć dopiero dwunastoletni zaniósł ją do Skrzydła Szpitalnego. W trzeciej klasie Claire dopiero zaczęła zwracać na niego większą uwagę. Ale nie tak jak chciał. – roześmiał się Bleise. Chodziło mu o tą zabawną sytuację, gdy każdy podziwiał Harry’ego Pottera za to, że odważnie podszedł do hipogryfa. Draco, nie chcąc pozostać w cieniu Wybrańca również postanowił ruszyć do hipogryfa, tyle że w jego przypadku nie skończyło się to za dobrze. – Gdy owy wielki czarodziej, niech ci będzie, Harry Potter udobruchał olbrzymiego, przerażającego stwora… - ciągnął jakby opowiadając przerażającą historię Zabini
-- Mówisz o hipogryfie? – wtrąciła rozbawiona Ginny -  Chodzi ci o Hardodziobka? – zaśmiewała się – Przecież on był niesamowicie łagodny! Tylko Malfoyowi tak dowalił. Należało mu się!
-- W tym przyznam ci racje, ale wróćmy do mojej opowieści… Więc gdy stwór został przez Wybrańca udobruchany, w jego stronę ruszył dumnym chodem Duke <poruszał się lepiej niż modelka na wybiegu>. Ślizgon obraził go i w następstwie potwór go zaatakował. Tak na serio nie zrobił mu zbytnio krzywdy, ale duma Duke’a została porządnie zdeptana, wiec by uratować honor udawał wielce poszkodowanego. Nie chciał w oczach pewnej dziewczyny wyjść na ofermę, ale jak już na faceta, który przez atak hipogryfa przeżywa śmiertelne męki i jakoś to znosi… Jakoś… Tak czy inaczej dzień później, gdy Claire wchodziła do Wielkiej Sali zaczął niezwykle głośno opowiadać, jak bardzo go ta rana boli, że gdyby nie jego szybka reakcja, to mógłby nie mieć ręki i tym podobne…
-- Nie wiem już, czy opowiadasz mi tragedie, czy komedie… - zaśmiewała się w najlepsze Weasleyówna, a Blaise, zachęcony jej dobrym humorem opowiadał dalej…
--Na czwartym roku ich nauki odbywał się Turniej Trójmagiczny… I jakimś cudem jednym z uczestników okazał się Wybraniec. Gdy Hermio… ekhm… Claire zawzięcie mu kibicowała, Duke był tak wściekły, że dosłownie tratował stojących za nim i obok niego młodszych uczniów…
-- A więc teraz z komedii przechodzimy do dramatu… - zachichotała Ginny, a Blasie westchnął, niczym cierpliwa matka karcąca nieposłuszne dziecko…
-- Nie uczono cię, że się nie przerywa gdy ktoś mówi? W każdym bądź razie, gdy na dodatek reporterzy uchwycili Claire i Wybrańca w dość dwuznacznym uścisku, to Duke dosłownie szalał ze złości i był wobec wszystkich jeszcze bardziej opryskliwy niż zwykle. Tylko ja, młody, przystojny, niewinny – powiedział, a Ginevra słysząc niewinny prychnęła pogardliwie, sygnalizując brunetowi, że nie zgadza się z jego zdaniem. Tymczasem słońce zdążyło już chylić się ku zachodowi… - ledwie zdołałem go uspokajać. Na piątym roku zaczęła działać Brygada Inkwizycyjna przeciw Gwardii Dumbledore’a. A Duke był członkiem Inkwizycji. W pewien sposób chronił Gwardię. Chodź oczywiście wszystko robił na złość Potterowi. Czasami celowo ignorował ich, nawet jeśli wiedział kiedy i gdzie mają spotkanie. Ale w końcu zostali schwytani. Dzięki Duke’owi. Dzięki niemu, bo Duke wiedział co ma wydarzyć się w ministerstwie i że wizja Wybrańca to ma być pułapka. Usiłował ich powstrzymać, ale mu nie wyszło.
-- Robisz z Malfoya bohatera… - zauważyła kwaśno Ginny. Mimo, że słuchanie tej historii, ale z innej perspektywy było ciekawe i zajmujące, to poczuła się poniekąd zdradzona. Blaise zaczął robić z Malfoya świętoszka…
-- Skąd, Malfoy nigdy nie był i nie będzie święty! Jest kompletnym przeciwieństwem świętości i doskonale o tym wiem – tłumaczył gorliwie Ślizgon, a kosmyki czarnych włosów opadły mu na szmaragdowe oczy. – Chcę tylko, żebyś zrozumiała, że moje działania są uzasadnione. I można je zrozumieć… Chcę żebyś zrozumiała, że kto taki jak on może zasługiwać na… szczęście i nawet na coś więcej. A więc w szóstej klasie, gdy Claire zaczęła się… powiedzmy, żywo interesować Rudzielcem, Duke chodził zły jak osa i jeszcze bardziej gnębił Ro… Carla znaczy się… Ale on, Duke też wtedy nie miał lekko. I to właśnie Claire pierwsza się tego domyśliła. Widziała, czuła, że on ma jakiś problem… Na siódmym roku, gdy ich nie było w szkole, Duke choć nigdy by tego nie przyznał skrycie kibicował Wybrańcowi i jego przyjaciołom. Chciał, by pokonali Voldemorta. Martwił się o nich. Choć nie lubił ich – to i tak delikatnie powiedziane – nie chciał by stało im się coś złego. A szczególnie jej. O nią drżał najbardziej, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Podczas jej nieobecności w szkole nareszcie był prymusem w nauce, ale widziałem, że go to nie cieszyło, choć jeszcze rok temu tylko do tego dążył. Sprawy się skomplikowały, gdy Wybraniec, Claire i Rudzielec zostali schwytani i osadzeni w dworze Malfoyów. Duke nie miał pojęcia, co robić. Czy zachować się tak jak oczekiwała jego rodzina, czy tak jak podpowiadało mu coś w środku.  Najgorszy moment jego życia, był wtedy, gdy musiał patrzeć na tortury Claire. Słyszeć jej krzyki, jej wołanie o pomoc. Pomógłby jej. Wolałby Bellatriks rzuciła Cruciatus na niego. Zrobiłby wszystko, byle ją powstrzymać. Ale został spetryfikowany. I musiał słuchać tych wrzasków i oglądać te tortury. Tak, to na zawsze zmieniło Duke’a. A teraz, w tym roku, piękny, przebojowy, zawsze olśniewający Ja znalazłem w jego rzeczach prawdziwe dowody ba to, że miałem racje. W jego kuferku w pokoju szukałem eliksiru, to było zaraz po tym ognisku u was. Nie znalazłem eliksiru. Znalazłem coś innego. Coś znacznie bardziej interesującego. Coś znacznie bardziej szokującego. Coś znacznie bardziej ciekawego. Coś znacznie…
-- Czyli co? – przerwała Zabiniemu Gryfonka. Nie chciała tego przyznać, ale Blaise świetnie opowiadał. Był zabawny i świetnie się z nim bawiła. Czuła się jakby go znała od zawsze. Nie mogło być inaczej. Wszechświat jest wielki, ale stały, chociaż nieprzeiwdywalny, noc zawsze następuje po dniu, a dzień po nocy, a Ginny zawsze świetnie bawi się z Blaisem… To było w jej mniemaniu oczywiste i trwałe niczym skała. Przynajmniej w tej chwili.
-- Czyli znalazłem zdjęcia z balu bożonarodzeniowego…
-- A co w tym szokującego? – spytała cynicznie Ginny. Blaise złapał ją za ramiona i spojrzał jej głęboko w oczy
-- Wśród zdjęć Ślizgonów- jego przyjaciół znalazłem zdjęcie, doskonale zachowane, nie pomięte. Zdjęcie Hermiony w tej błękitnej sukience. To wtedy po raz pierwszy wyglądała tak oszałamiająco… Ale oczywiście ty wyglądałaś niczym bogini, piękna i w ogóle… - dodał szybko widząc minę Weasleyówny. Ginny jednak szybko skoncentrowała się na fakcie posiadania zdjęcia Hermiony przez Dracona Malfoya… Blaise wyraźnie tłumaczył jej, że Malfoyowi podoba się Hermiona, ale ona wciąż nie mogła w to uwierzyć. Choć wydawało jej się to niezwykle romantyczne, szczerze powiedziawszy…
-- Czyli to prawda? – spytała retorycznie. Czyż to nie o takiej miłości lubiła czytać. O tej niemożliwej, zakazanej? – To trudne do zaakceptowania… - wykrztusiła. – Ale to słodkie… I dziwne. – dodała z melancholijnym uśmiechem – Nigdy nie sądziłam, że Malfoy może kogoś kochać. Że w ogóle ma jakieś uczucie! Nadal w to trochę nie wierzę, ale z tego co mówisz Malfoy jest w tym lepszy ode mnie. On wiele lat temu obdarował dziewczynę uczuciem i chyba nadal coś do niej czuje. Przez tyle lat, a ja… wydaje mi się, że zakochuje się, a potem to pryska średnio w ciągu miesiąca… - zauważyła smutno i odruchowo oparła głowę o ramię Blaisa, który uśmiechnął się z satysfakcją. Ale tego nie było jej dane zauważyć.
-- Może po prostu tak ci się tylko wydaje? – powiedział obejmując ją śmieje ramieniem. – A tak naprawdę czekasz tylko na swego niesamowitego, olśniewającego, zabójczo przystojnego, nieziemsko zabawnego księcia z bajki? – spytał z frywolnym śmiechem, przyglądając się zamyślonej Ginevrze. W świetle zachodzącego słońca jej włosy wydawały się kraść swą barwę samym płomieniom…
-- Możliwe… - zachichotała Ginny, a dobry humor momentalnie do niej wrócił. – A teraz wyjaśnił mi, Blaise jakim cudem ty to wszystko wiesz? To o Malfoyu? Bo sam ci raczej nie powiedział… - Blaise uśmiechnął  uśmiechem, który Ginny uwielbiała najbardziej, tym kocim, drapieżnym.
-- Oczywiście, że by nie powiedział! Powiedzmy, że został bym genialnym psychiatrą. – powiedział z dumą, że zna to mugolskie określenie.
-- Najpierw wylecz sam siebie – mruknęła cynicznie Ginny przytulając się leciutko do przystojnego Ślizgona – Ale chyba chodziło ci raczej o psychologa… - dodała. Pozostali jeszcze w tym miejscu aż słońce całkiem nie zaszło, a na niebie nie pojawiły się dziesiątki srebrnych gwiazd. Bycie razem -To wydawało się w tym momencie takie naturalne i właściwe, że oboje zapomnieli o swych waśniach, a Ginny zupełnie wyleciało z głowy, że przecież nie może oddać nawet malutkiego skrawka serca Blaisowi Zabiniemu…
                                                   ***
W tym samym czasie Draco Malfoy transportującym na swych plecach opierającą się żywo Hermionę Granger. Jej drobna twarz była czerwona, ale ciężko było stwierdzić, czy to z powodu wściekłości, czy może wstydu, że została pokonana przez swojego wroga. Gdyby tylko Zabini nie zrobił im tego durnego dowcipu mogłaby już siedzieć w dormitorium i uczyć się na jutrzejszą lekcje i nigdy, przenigdy nie mieć do czynienia z Malfoyem. Ale nie, Blaise związał ją i Dracona zaklęciem i żadne nie mogło nigdzie pójść bez drugiego… A teraz blondwłosy Ślizgon zmusił ją, żeby udała się z nim na trening Quiddytcha…
-- Nie chce tam iść! – zawołała, godząc się powoli z tym, że była słabsza od Malfoya i za nic nie zdoła mu się wyrwać…
-- A mnie to nie obchodzi! – przedrzeźnił ją Dracon. Hermiona prychnęła z irytacją i pięścią walnęła go w plecy. Malfoy odchrząknął, ale był opanowany. – Jestem kapitanem i muszę być na treningu! Zabiję Zabiniego, Gdy tylko tu wróci! – mruknął, przeklinając pod nosem. Doszło jednak to do uszu Hermiony.
-- Akurat w tym mogę ci pomóc… - jęknęła z irytacji, ale i przez to, że ramię Malfoya zaczęło mocno gnieść ją w żebra.
Gdy wreszcie doszli do stadionu, Malfoy postawił ją na ziemi i wciąż trzymając ją za ramiona, co nie było zbyt wygodne, powiedział zniecierpliwiony.
-- Słuchaj, Granger. Chłopcy z mojej drużyny nic nikomu nie powiedzą. To Ślizgoni, ale potrafią trzymać język za zębami. Ale jest jeszcze jedna kluczowa kwestia… - zaczął lekko zawstydzony. Hermionę zamurowało. Jeszcze nigdy nie widziała Malfoya zawstydzonego… - Skoro nie możemy oddalać się od siebie na odległość większą niż kilka metrów, to znaczy… to znaczy, że na treningu musisz lecieć ze mną na miotle, Granger…

                                                                                        Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział XV



Wracam po niemal trzech miesiącach przerwy. Wena była, ale czasu już nie. Za to macie 8-stronicowy rozdział. Nie wiem, kiedy kolejny. Mam teraz masę nauki i trudny konkurs, czy raczej turniej. Postaram się jednak dodać coś w miarę szybko.


Rozdział XV

Gabinet McGonagall był uosobieniem skromności i szyku. Choć niewiele zmieniła dawny gabinet  Dumbledore’a to jednak w całym pomieszczeniu dawało się wyczuć kobiecą rękę.
Najbardziej rzucającą się w oczy zmianą był jednak olbrzymi portret wiszący z prawej strony biurka dyrektorki.
Oprawione w złote ramy płótno przedstawiało wysokiego, szczupłego, starszego mężczyzny z długą białą brodą i błyszczącymi spod okularów niebieskimi oczyma. Każdy czarodziej znał tę postać. Był to portret Albusa Dumbledore’a…

Hermiona szła ze spuszczoną głową, nerwowo przygryzając wargi. Jeszcze nigdy nie czuła takiego wstydu. Dosłownie czuła, jak płoną jej policzki, a ona sama czerwieniej aż po cebulki kasztanowych włosów.
Od samego myślenia, co powie im McGonagall dostawała niemiłych skurczów w żołądku.
Zerknęła ukradkiem, na idącego prawie równo z nią Malfoya. On wydawał się jedynie zmieszany. Fakt faktem, że on nie miał nic do stracenia. A ona?
Najlepsza uczennica w szkole, prefekt naczelna? Najbardziej bała się wyrazu zawodu w oczach McGonagall… Tego mogłaby nie znieść. I jak miałaby potem spojrzeć jej w oczy…
Wreszcie doszli do posągu chimery, który strzegł wejścia do gabinetu dyrektora.
-- Podaj hasło… - zaskrzeczał marmurowy posąg
-- Cytrynowy drops. – odparła dziewczyna. Jako prefekt naczelna znała hasło do gabinetu McGonagall, w razie nagłej potrzeby konsultacji z profesorką.
Gdy chimera udostępniła im przejście słabym krokiem weszła do czarodziejskiej windy, prowadzącej do gabinetu. Malfoy nonszalanckim krokiem wszedł tuż za nią…

-- Proszę – zawołała ostrym głosem dyrektorka. Hermiona przełknęła nerwowo ślinę, co poskutkowało cichą uwagą Dracona
-- Nie cykaj się, Granger. Będzie dobrze już ja się o to postaram… - powiedział szeptem, ale to i tak nie uspokoiło dziewczyny. Drżącą ręką sięgnęła do drzwi i szybko je otworzyła, chcąc już mieć to za sobą.
Razem z Draco weszli do gabinetu… Gabinet był bardzo ładny i prawie nie zmienił się nic od czasów Albusa Dumbledore’a. W pokoju wisiał nawet jego portret, a przechodząc obok niego, Hermiona niemal poczuła, jak spojrzenie bystrych oczu dyrektora przygląda się jej i Malfoyowi. Portret Dumbledore’a, był jedynym obrazem w gabinecie, prócz oprawionego zdjęcia rudowłosej kobiety z białym kwiatem we włosach, stojącego na biurku dyrektorki. Na środku pokoju, przy olbrzymim biurku siedziała wyprostowana kobieta z kasztanowymi włosami, poprzeplatanymi siwizną i spiętymi w eleganckiego koka…
-- Ee… Dzień dobry… - powiedzieli równocześnie. Dyrektorka obrzuciła ich ostrym spojrzeniem, ale odpowiedziała na powitanie.
-- Dzień dobry. – odparła, mrużąc swoje kocie oczy – Chyba wiecie, po co was tu wezwałam, prawda? – spytała gniewnie. Hermiona i Draco spojrzeli  po sobie i powolnie kiwnęli głowami, z tym że Draco uczynił to nieco buntowniczo, a Hermiona z jawnym wstydem. – Czy wy naprawdę myśleliście, że uda wam się wyjść ze szkoły w środku nocy? I to do Zakazanego Lasu? – wybuchnęła, stukając bladymi palcami o blat biurka. Ani Draco, ani Hermiona nie odezwali się ani słowem… - Oczywiście będziecie ukarani. I doskonale wiem, że również pan Zabini był wówczas z wami, ale jemu już wyznaczyłam karę. Ponieważ Ginevra Weasley została wyznaczona przez profesor Sprout do wyjazdu na południe Szkocji, w celu pozyskania nowych gatunków roślin do szkolnej szklarni, Blaise Zabini pojedzie wraz z nią do pomocy. Neville Longbottom również został wyznaczony na ten wyjazd, ale on pojedzie wraz z Luną Lovegood jako pomocnicą do Tajlandii. Wasza kara natomiast, będzie nieco bardziej… przyziemna. Skoro tak bardzo ciągnęło was do Zakazanego Lasu, to będziecie mieć doskonałą okazję, aby tam pobyć i to w nocy! – oznajmiła sucho kobieta. Hermiona poczuła jak mimowolnie otwiera usta ze zdziwienia i trwogi
-- Że w nocy? I w Zakazanym Lesie? – wyjąkała Gryfonka, sypiąc się ukradkiem w rękę, by upewnić się, że to wszystko; bransoletki, szlaban to nie jest tylko zły sen. Niestety wszystko wskazywało na to, że to brutalna rzeczywistość…
-- Tak, panno Granger. Skoro razem – podkreśliła kobieta, a Hermiona mimowolnie zaczerwieniła się jeszcze bardziej – aż tak ciągnęło was na nocne wycieczki to umożliwię wam pójście tam w dzień równonocy smoczej. I zerwanie roślin i elementów potrzebnych do eliksirów rosnących tylko podczas równonocy smoczej– oznajmiła chłodno nauczycielka. Draco zmarszczył jasne, równe brwi
-- A co to ta równonoc smocza? I kiedy ona wypada? – zapytał, niezadowolony ze swojej niewiedzy.
-- Naprawdę nie wiesz, Malfoy? – spytała Hermiona ze zdziwieniem
-- Nie, Granger, nie wiem. Nie jestem chodzącą encyklopedią, jak ty! – wywrócił oczami Ślizgon…
-- No cóż, w każdym bądź razie powinieneś to wiedzieć, bo to ma związek z twoim imieniem. Na pewno wiesz, że Draco oznacza z łaciny smoka. A równonoc smocza jest wtedy, gdy gwiazdozbiór smoka i słońce znajdują się maksymalnie blisko siebie w nocy. To niezwykła noc. Zdarza się naprawdę bardzo rzadko! Sama kompletnie zapomniałam, że wypada już w tym roku! Ostatnia równonoc smocza była naprawdę dawno! – zawołała z entuzjazmem Hermiona, zapominając nawet o wstydzie związanym z drugim w jej życiu szlabanem – Nawet nie wiem dokładnie ile lat temu, Malfoy, ale uwierz mi; następna równonoc smocza nie będzie prędko… Ta ostatnia równonoc smocza była chyba… - zaczęła podekscytowana Gryfonka, ale dokończyła za nią profesor McGonagall słabym głosem i z nieobecnym spojrzeniem
-- Czterdzieści pięć lat temu. Dokładnie wtedy wypadała ostatnia równonoc smocza… - powiedziała, a jej wzrok się lekko zamglił. Mimo, że świadomie wybrała akurat równonoc smoczą, to jednak ta data przywoływała niekoniecznie radosne wspomnienia. Jak to możliwe, że historia aż tak zatacza koło…?
-- Ale to nie zmienia faktu, że my mamy cięższy szlaban! – zawołał  oburzeniem blondyn, ignorując pełne dezaprobaty spojrzenia dyrektorki i Hermiony – W porównaniu z naszą karą, to ta którą dostał Blaise można spokojnie nazwać wakacjami! Niech go tylko zaraz dorwę … - mamrotał wściekły Draco, ale przerwał mu rozbawiony głos McGonagall
-- Nie sądzę, by go pan, jak pan określił „dorwał” bo po ostatniej lekcji, Blaise Zabini i Ginevra Weasley niezwłocznie udają się na pięć dni do Szkocji.
-- Ale… my mamy gorzej! – wykrztusił oburzony chłopak, choć i tak wiedział doskonale, że z McGonagall nie wygra
-- Już postanowione! – oznajmiła zimno kobieta – Ale skoro tak bardzo czujesz się pokrzywdzony, Draco to jeszcze dodatkowo posprzątacie starą szopę przy Zakazanym Lesie i zagrabicie przy niej liście – powiedziała, ledwie powstrzymując uśmiech, który niestrudzenie próbował wpłynąć na jej wargi. Jednocześnie czuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Bo niewątpliwie, ona i… również odbywali tak swój pierwszy wspólny szlaban. Jednak nie mogła na chwilę obecną stwierdzić, czy wspomnienie to było radosne, czy raczej napawające smutkiem. 
Gdy Hermiona i Draco usłyszeli ostatnią nowinę zamilkli, patrząc z niemym wyrzutem na dyrektorkę. Draco usiłował zaprotestować, ale Hermiona złapała go ostrzegawczo za ramię. Średnio uśmiechało jej się bezpośrednie dotykanie Malfoya, ale musiała go jakoś powstrzymać, nim narobiłby im jeszcze większej biedy. A to wydawało jej się najlepszym wyjściem…
-- Dość już namieszałeś! – stwierdziła ze złością – Zamknij się, zanim wyjdzie jeszcze gorzej! – syknęła, patrząc mu ostrzegawczo w oczy.
-- No dobra… - jęknął chłopak – Nie będę już wypominał KTO dostał lepszy i łatwiejszy szlaban, albowiem nie chcę ABYŚMY dostali jeszcze gorszy i nie wypada MI się kłócić o takie gó.. nic jak szlaban! – powiedział przesadnym tonem chłopak. A Hermiona zakasłała, chcąc ukryć śmiech.
-- Proszę się, uspokoić panie Malfoy. – upomniała go profesorka – Mam jednak nadzieje, że wasz wspólny szlaban nauczy was większego poszanowania zasad! Po panie Zabinim i panie Malfoy’u jeszcze mogłabym się tego spodziewać, ale po tobie, panno Granger? – powiedziała z wyczuwalnym w głosie  zawodem. Hermiona skuliła się i spuściła zawstydzona wzrok.
-- Ja wiem, że źle zrobiłam, pani profesor. Nie powinnam… - powiedziała smutno. Widząc to Draco wywrócił bladoniebieskimi oczami. Mimo, że był zimnym, bezlitosnym Ślizgonem, nie mógł patrzeć jak przez Blaisa i przez niego (ale głównie przez Blaisa) panna Wiem- Wszystko- Najlepiej ma przechlapane u swojej idolki Mcgonagall.
-- Bo wie pani… - powiedział, drapiąc się po głowie – Bo to ja i Blaise chcieliśmy iść wtedy do lasu, a Granger spotkaliśmy przypadkowo. – wyjaśniał, starając się nie patrzeć na zaskoczoną twarz nie lubianej przez niego Gryfonki. – No i ona nam mówiła, że nie powinniśmy tam iść, a ja i Blaise – znaczy się głównie on. – skłamał gładko chłopak; owszem obaj namówili Hermionę, ale fakt, że to niby Blaise głównie maczał w tym palce był wierutnym kłamstwem blondyna. To on był głównym pomysłodawcą wypadu razem z Granger, choć prawdę mówiąc Zabini również przyczynił się do tego w dużej mierze – namówiliśmy Granger, żeby poszła razem z nami do lasu… - gdy tylko chłopak skończył mówić, zerknął przelotnie na siedzącą obok niego Gryfonkę. Wciąż była widocznie zbulwersowana sytuacją z wiążącymi bransoletkami, ale zauważył, że dziewczyna przygląda mu się tak, jakby podejrzewała, iż jest niepełny władz umysłowych. W końcu nieczęsto zdarzało się, by Draco Malfoy wstawiał się za Hermioną Granger. Właściwie, rzadkością, czy raczej niecodziennym zjawiskiem, było to, by Draco Malfoy właściwie wstawiał się za kimkolwiek. I Mcgonagall również to dostrzegła. Tyle, że w niej wywołało to sprzeczne uczucia. Z jednej strony była zaskoczona zachowaniem ucznia, a z drugiej… nie sądziła, w przeciwieństwie do Dumbledore’a, by z tego mogło wyniknąć coś dobrego…
-- Doceniam fakt, że przyznaje się pan w imieniu swoim… i w imieniu pana Zabiniego do winy. Choć wasze wersje różniły się tym, kto jest najbardziej winny, ale tego to akurat mogłam się spodziewać… - powiedziała z przekąsem dyrektorka, a Draco ostentacyjnie spojrzał w sufit.  –Przed dniem waszego szlabanu wyślę do was list kiedy i gdzie macie się stawić przy chatce Hagrida. Możecie już wrócić na lekcje…
Wychodząc, Hermiona dałaby sobie rękę uciąć, że Dumbledore mrugnął do niej jasnym okiem z portretu…

                                                       ***
-- Salazarze, Granger jesteśmy skończeni… - jęknął pewien Ślizgon, siedząc w najdalszym końcu zamkowej biblioteki. Hermiona Granger, siedząca blisko niego, przy stojącym tuż obok stoliku (bo w końcu fakt, że wiązało ich zaklęcie nie zmuszał ich jeszcze do nagłego siedzenia razem a już na pewno nie w miejscu publicznym! ) westchnęła i przewróciła oczami
-- Nie przesadzaj, na pewno w którejś z książek musi być jakaś wzmianka na temat wiążących bransoletek Ravenclaw – powiedziała, mówiąc dokładnie to samo co półgodziny temu.
-- Już nawet nie chodzi mi o to! – zniecierpliwił się chłopak, otwierając kolejną, starą książkę i wertując ją w poszukiwaniu potrzebnych im informacji – Zobacz – szepnął – jak ludzie się na nas gapią Granger! Nawet to, że siedzimy przy osobnych stolikach nic nie daje, bo wcześniej siadaliśmy po przeciwnych  stronach Sali!  Moje życie towarzyskie właśnie umiera… - burknął wyraźnie niezadowolony, nieudolnie starając się ignorować złośliwe szepty i zdziwione spojrzenia pozostałych uczniów. Hermiona uniosła spojrzenia znad księgi o najstarszych mało znanych magicznych przedmiotach, i mruknęła z przekąsem
-- Za to możesz podziękować swojemu kochanemu przyjacielowi! – syknęła – A teraz wracaj do roboty, bo mam zamiar dzisiaj coś znaleźć o mocy tych bransoletek! – poinstruowała go i sama wróciła do czytania
-- Nie będziesz mi rozkazywać, Granger! – rzucił zaczepnie mrużąc jasnoniebieskie oczy – To, że jestem zmuszony na czas nieokreślony spędzać… dużo czasu z tobą, nie oznacza jeszcze, że możesz mi rozkazywać! Nie jestem Potterem, ani Łasicem… - ostrzegł ją burkliwie, powracając do czytania opasłego tomiszcza i pożółkłymi stronami.
-- Nie bądź taki drażliwy, Malfoy! – sarknęła dziewczyna, nieco rozbawiona. – Ja też nie jestem zachwycona tym wszystkim, aż mnie brzuch boli, gdy pomyślę o tym, co będzie jutro, ale gdy znajdziemy coś o tych bransoletkach  dowiemy się ile będzie ta cała maskarada trwać i jak zdjąć to zaklęcie.
-- Nie wiem, czy do ciebie to dociera, Granger, ale moje życie towarzyskie lęgnie w gruzach! A moja reputacja? Wiesz, jak ludzie będą plotkować? – jęknął chłopak, zamykając z trzaskiem gruba księgę i uderzając nią z impetem w czoło. Hermiona, widząc jak Ślizgon bezcześci jeden z skarbów biblioteki z oburzeniem wyrwała mu z bladej dłoni bezcenny egzemplarz i z oburzeniem wysyczała w jego stronę
-- Ty… Ty!!! – zawołała, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, które wyraziły by, jak bardzo jest oburzona i zdenerwowana – Wiesz, ile ma lat ta książka? – syknęła i otworzyła ją na pierwszej stronie. Ze zdziwieniem zauważyła, że to manuskrypt, a prawdopodobna data wydania była zapisana atramentem u dołu tytułowej strony. Hermiona wykrztusiła ze zdziwieniem – Jeśli wierzyć dacie… To ona… To… To ty trzaskałeś się po łbie tysiącletnią książką! – wybuchnęła, raz po raz zerkając na datę napisania bezcennego manuskryptu. Na pożółkłej stronie widniał jeszcze jeden napis. Mianowicie własnoręczny podpis autora. Podpis Roveny Ravenclaw…
                                                          ***
-- Nie, nie i jeszcze raz nie! – krzyknęła niewysoka szatynka o długich, kręconych brązowych włosach do górującego nad nią wysokiego blondyna.
-- No weź, Granger! – odkrzyknął chłopak z wściekłością – Muszę być na tym treningu, jestem przecież kapitanem! Musimy tam iść! To, że wnioskując z tej starej książki będziemy się użerać ze sobą jeszcze niewiadomy, zależny od rzucającego zaklęcie, okres czasu, nie znaczy, że przez twoje humory musze zaniedbywać swoje obowiązki! – wybuchnął, gestykulując zaciekle
-- Podziękuj Zabiniemu! To wszystko wyłącznie jego wina! Nie wiem, co mu strzeliło do głowy, ale proszę bardzo, o to rezultaty! Nie dożyjemy jego powrotu! No przynajmniej ty nie dożyjesz… - mruknęła pod nosem, urocza Gryfonka – Poza tym, jeśli nie pamiętasz, nie mogę się od ciebie oddalać na odległość większą niż dziesięć metrów, więc nie wiem, jak wyobrażasz sobie uczestnictwo w treningu!
-- No jak to jak? – zapytał z niewinnym uśmiechem przystojny Ślizgon – Będziesz musiała latać ze mną na miotle… - powiedział napawając się wyrazem przerażenia na drobnej twarzy dziewczyny
-- Chyba sobie kpisz! – wycedziła, akcentując dokładnie każde słowo Hermiona, ale mina Malfoya wskazywała na to, że ani trochę nie żartuje. – Za nic na świecie nie wsiądę z tobą na jedną miotłę! – oświadczyła kategorycznie, krzyżując uparcie ramiona. Słysząc tak absurdalne stwierdzenie, Draco roześmiał się i spojrzał na dziewczynę z aroganckim politowaniem, którego tak nie znosiła
-- Po pierwsze, Granger, już raz leciałaś ze mną na miotle, po drugie raczej nie chce cię zabić, a po trzecie i najważniejsze; nawet jeśli nie zechcesz tam ze mną iść, to wezmę cię siłą! – odparł z przymrużonymi oczami blondyn.
-- Ale… Ale tam będą Ślizgoni! – jęknęła Hermiona, patrząc niemal błagalnie na chłopaka. To był zły pomysł i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. A nazajutrz cała szkoła, będzie plotkowała jeszcze bardziej. Wczorajszego wieczoru
-- Ślizgoni nie gryzą, Granger… - powiedział z pobłażaniem Draco. Dziewczyna zmrużyła oczy.
-- Nie byłabym tego taka pewna… - mruknęła zagryzając, jak zawsze, gdy się denerwowała, dolną wargę. Od prawie półgodziny siedzieli w jednym z bocznych korytarzy zamku, tu gdzie nie zagrażały im wścibskie spojrzenia innych uczniów i plotki na temat ich nagłego przebywania razem, i kłócili się zażarcie. Powodem był oczywiście zamiar pójścia na trening Quiddytha i kategoryczna odmowa na żądania Ślizgona Hermiony.
-- Jestem kapitanem drużyny, Granger! – krzyknął wzburzony Malfoy – Nie mam zamiaru przez twoje widzi-misie opuścić treningu! – podniósł głos, a głuche echo poniosło się po całym korytarzu.
-- I tak pewnie mam już tak samo zrujnowaną reputacje, jak w czwartej klasie, po spędzaniu czasu z Wiktorem, a ty jeszcze chcesz, żeby przychodziła z tobą na treningi? – dziewczyna nie wierzyła własnym uszom. Jeszcze wczoraj Malfoy, mimo zakładu, starał się jej dogryźć, a dziś nagle ma zamiar przyjść razem z nią na trening Ślizgonów?
-- Gwarantuje ci, że Ślizgoni potrafią być dyskretni… - przekonywał ją Draco, choć w jego oczach wyraźnie było widać, że jego cierpliwość się kończyła.
-- Tak samo dyskretni jak ty? – zakpiła Hermiona. Nie na darmo Draco Malfoy uchodził za jedną z największych plotkar w szkole.
-- Oczywiście. – odparł chłopak ignorując przytyk dziewczyny.
-- Nie, nie i jeszcze raz nie, Malfoy! – odmówiła po raz kolejny, tupiąc przy tym nieświadomie, niczym małe dziecko.
-- To był błąd, Granger! – powiedział cicho chłopak – Bo mnie się nie odmawia! – burknął ponuro , mrużąc swoje błękitne oczy. W jednej chwili podszedł do Hermiony i mocnym, prawie brutalnym gestem przerzucił sobie jej drobną sylwetkę przez ramię i zdecydowanym krokiem, jakby Hermiona zwisająca głową w dół z jego ramienia nie była dla niego żadnym ciężarem. Ignorując wrzaski Hermiony i uderzanie jej piąstek o jego plecy ruszył prosto na stadion do gry w Quiddytha.

Tymczasem, w górzystej części zielonej krainy zwanej Szkocją, ledwie kilka mil od Hogwartu porośniętymi różnymi rodzajami traw i wspaniałymi gatunkami kwiatów pagórkami spacerowała niska, drobna rudowłosa dziewczyna. W drobnej, białej dłoni trzymała mapę, a w drugiej kompas, a na jej ramieniu wisiała niewielkich rozmiarów torba w szkocką kratę. Szybko i sprawnie zorientowała mapę, aby zobaczyć, jak najszybciej dotrzeć do dwóch ostatnich roślin znajdujących się na liście napisanej przez profesor Sprout. Zniecierpliwiona dość długą nieobecnością jej pomocnika, zawołała donośnym głosem
-- Zabini! Czego się tak wleczesz?! – warknęła tak głośno, że aż po spokojnych wzgórzach poniosło się głuche echo jej głosu. Chwilę potem na szczyt wzgórza dotarł wysoki chłopak o ciemnych włosach i zielonych oczach. Był bardzo przystojny, nie psuł tego nawet fakt, że ów chłopak miał na głowie zielono czerwony beret w kratę z czerwonym pomponem na czubku głowy, a zamiast zwyczajnych spodni założył… kraciasty, szkocki kilt… Ogólnie rzecz biorąc, Blaise, korzystając z pobytu w Szwecji i nie chcąc wyróżniać się zbytnio założył tradycyjny szkocki strój ludowy. Tyle tylko, że w ten sposób jeszcze bardziej niż zwykle odstawał od reszty społeczeństwa… - I kiedy wreszcie zdejmiesz tą spódniczkę!? – zapytała, kręcąc głową z dezaprobatą rudowłosa dziewczyna. Słysząc te jakże obraźliwe słowa twarz chłopaka zaczerwieniła się ogniście. I to nie ze wstydu.
-- Ile razy mam ci powtarzać, ruda Wiewióro, to jest KILT!!! – warknął, akcentując mocno ostatnie słowo.
-- Inna nazwa, znaczenie wciąż to samo… - odpyskowała Ginny. – A zresztą, miałeś mi opowiedzieć, o tym, co zrobiłeś Draco i Hermionie? Spławiasz mnie już kolejny dzień… - wtrąciła z urazą. Zabini od dawna chełpił się tym, że zgotował Hermionie i Draco małą niespodziankę, którą od dawna planował z Parkinson.
-- Powiem, Weasley, ale powiedziałbym szybciej za małego buziaka jako zachętę. – wtrącił z łobuzerskim uśmiechem. Ginny wywróciła oczami;
-- Śnij dalej, Zabini… Ale... kiedy mi powiesz??? – męczyła go dalej.
-- Jak dostanę całusa w policzek, to teraz… - odpowiedział chytrze chłopak. Ginevra spojrzała na niego z jawną nienawiścią i szybko podeszła do niego i lekko cmoknęła szorstki policzek bruneta. Nie minęła nawet sekunda, a już stała z dala od niego, płonąc ze wstydu i wściekłości. Ale jednak ciekowość  zwyciężyła i rudowłosa była gotowa nawet na takie potwierdzenie. Za to Blaise był po prostu wniebowzięty. Uśmiechnął się chytrze, ale zgodnie z obietnicą postanowił wszystko opowiedzieć Gryfonce.
-- A więc tak, Rudzielcu mój ulubiony, wszystko zaczęło się jeszcze na wakacjach, gdy… - zaczął opowiadać przenosząc się wspomnieniami do pamiętnego dnia, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, gdy znalazł w kufrze Dracona Malfoya pewne niezwykle interesujące zdjęcie…




***

Łapcie cudowny zwiastun :DDD < do historii Minerwy i Trevora>

Według mnie jest idealny. A co Wy o nim sądzicie?

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział XIV



 Witam po miesięcznej przerwie. Mam nadzieje, że mi wybaczycie. I to nie tylko tak późne dodanie rozdziału. Nawaliłam. Obiecałam Świąteczną Miniaturkę, której nie dałam rady opublikować. Nawiasem mówiąc, jest ona w połowie napisana. Obiecuję, przysięgam, że dodam ją 24 grudnia 2014 r.
A co do rozdziału, nudny i trochę dziwny, ale musiałam dodać coś takiego by fabuła miała sens.
A rozdział bez bety. I właśnie,mam zamiar wreszcie znaleźć nową betę :D




Rozdział XIV

Blaise Zabini zasypiał z wyjątkowym uśmiechem na ustach. Owszem był zmęczony i trochę zziębnięty po nocnej wyciecze do lasu, ale za to jaki miał wyśmienity humor!
A wiązało się to z dwójką jego przyjaciół i jego szatańskim geniuszem…
Czy oni naprawdę uwierzyli, że on dał im te bransoletki bez żadnego powodu? I że nic z nimi nie zrobił?
To był chyba szczyt ich głupoty…
Jak mogli się nie domyśleć, ani nie mieć żadnych podejrzeń?!
Ale cóż, to chyba nawet lepiej…
Był bardzo zadowolony z siebie. Wyszło wszystko tak, jak to sobie zaplanował, a nawet lepiej…
Pansy będzie zachwycona…
Za to Hermiona i Draco jak dowiedzą się o bransoletkach to go zamordują…
Ale tym pomartwi się rano…
                                                     ***
Hermiona wstała w wyśmienitym humorze, choć była niewyspana po wczorajszym wypadzie do lasu.
Miała mieszane uczucia. Wiedziała, że było to niezgodne z regulaminem i złe, ale w głębi serca czuła, że spędziła ten czas całkiem przyjemnie i nie mogła narzekać na brak wrażeń.
Szczególnie ten lot na miotle…
Owszem na początku bała się, że Malfoy wytrzaśnie jakiś haczyk, albo zrzuci ją z miotły, ale nic takiego się nie stało. A nawet wręcz przeciwnie, Malfoy, jakimś niewytłumaczalnym cudem powstrzymał się nawet od swoich uwag dotyczących szlam.
A co najlepsze, nikt ich nie nakrył, a cały wypad uszedł im całkowicie bezkarnie…
Przeciągnęła się i wstała z łóżka. Budzik stojący na jej stoliku nocnym wskazywał szóstką rano. Słońce niedawno wzeszło, a Lavender, Parvati i Thalia jeszcze smacznie spały w łóżkach, nie zważając na to, że za jakąś godzinę zacznie się śniadanie.
Ze zdziwieniem przyjęła jednak, że Ginny jeszcze nie śpi. Rudej w ogóle nie było w łóżku, a złożona na nim piżama i pościelone łóżko wskazywało ewidentnie na to, że Ginevra już była ubrana i najpewniej była gdzieś w zamku.
To już było samo w sobie dziwne, zważywszy na to, że przyjaciółka Hermiony nigdy nie należała do rannych ptaszków.
Szybko umyła się i uczesała, a potem włożyła mundurek i szaty. Automatycznie zerknęła na swój stolik nocny, patrząc na swoją różdżkę, wykonaną z winorośli. Zauważyła tam również małą, srebrną bransoletkę. Przypomniała sobie wówczas o zakładzie; bransoletkę podarował jej i Draconowi Blaise. Postanowiła ją włożyć; w końcu zakład to zakład, a skoro noszenie bransoletki to był jakiś nowy wymysł Diabła uznała, że nie będzie ingerować w zasady i ją założy. Zresztą, bransoletka ładnie współgrała z jej karnacją i ciemnymi szatami.  
Swoją piżamę ułożyła w kostkę i położyła w nogach drewnianego łóżka. Gdy ją składała dobiegł ją dziwny, aczkolwiek piękny i przyciągający zapach. Zdziwiona zmarszczyła brwi, tak, niewątpliwie znała skądś ten zapach… Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to perfumy Malfoya… Faktycznie wczoraj nosiła jego bluzę i zapewne jego zapach wsiąkł w jej piżamę. Skrzywiła się ostentacyjnie. Teraz nawet ona i jej piżama nosiły zalążek zapachu Malfoya. Trzeba będzie wyprać piżamkę – przemknęło jej przez myśl, ale wzmianka o Malfoy’u przypomniała jej coś jeszcze – Zapomniała wczoraj oddać bluzy tej tlenionej fretce! A najgorsze było to, że w całym pokoju nie mogła jej znaleźć. Przetrząsnęła chyba wszystkie zakamarki dormitorium i nie znalazła bluzy. Zaczęła panikować. Przecież on ją zabije! Jak mogła zgubić jego bluzę! – krzyczała w myślach, kręcąc się nerwowo po pokoju. W pewnym momencie jednak jej wzrok padł na jej prawie idealnie posłane łóżko. Efekt psuł tylko fragment czarnego materiału wystającego spod poduszki. Pchnięta przeczuciem i zaciekawieniem podeszła do łóżka i podniosła poduszkę. Podeszła do łóżka i jednym ruchem podniosła poduszkę do góry. I znalazła pod nią zgubę! Bluza Malfoya leżała jak gdyby nigdy nic tuż pod jej poduszką. Tylko jak ona się tam znalazła? – pomyślała marszcząc brwi. Bo cała sytuacja przedstawiała się nieciekawie (a może wręcz odwrotnie ;) ); wszystko wskazywało na to, że całą noc spędziła śpiąc praktycznie przytulona do bluzy blondyna…
                                                          ***
Hermiona Granger szła z opuszczoną głową zmierzając prosto do stołu Gryffindoru. Jej torba wyglądała na jeszcze bardziej zapełnioną niż zwykle, ale to była wina czarnej bluzy starannie złożonej i z trudem upchniętej do jej torby pełnej podręczników, zeszytów i rolek pergaminu, a bluza blondwłosego Ślizgona również zajmowała dużo miejsca.
A to właśnie ta niepozorna część garderoby chłopaka, która przez jej roztargnienie znalazła się wraz z nią w pokoju, była źródłem jej zmieszania. Nawet nie chciała myśleć co by było, gdyby ktoś dowiedział się, że niesie prosto po nocy, ze swojego dormitorium męską bluzę. A jeszcze byłoby gorzej, gdyby któraś z Ślizgonek rozpoznała w niej bluzę Malfoya.
Za każdym razem gdy ktoś przelotnie na nią spoglądał, Gryfonka miała wrażenie jakby wszyscy doskonale wiedzieli o jej wczorajszym wypadzie do lasu z dwójką Ślizgonów, i że zdawali sobie sprawę, co takiego poukładana panna Granger ukrywa w swej niepozornej torbie. Był to swego rodzaju spacer wstydu, choć tak na dobrą sprawę Hermiona nie miała żadnego powodu do wstydu lub zmieszania.
Wreszcie w tłumie Gryfonów siedzących przy stole odnalazła Ginny. Postanowiła się dowiedzieć co też jej ruda przyjaciółka porabiała z samego rana. Z ulgą usiadła ciężko na miejsce obok Ginny, a swoją torbę umiejscowiła dyskretnie pod stołem. Wiedziała, że jej zdenerwowanie nie miało sensu, ale mimo wszystko pewniej się czuła wiedząc, że jej torba jest usunięta z zasięgu wzroku.
-- Hej, Gin – powiedziała wciąż lekko zdenerwowana, sięgając drżącą dłonią po tost z serem. Ku jej zdziwieniu Weasleyówna obrzuciła ją tylko chłodnym, opanowanym spojrzeniem i całkowicie bez emocji odpowiedziała
-- Witaj, Hermiono – brązowowłosa Gryfonka zmarszczyła brwi. Coś tu było nie tak…
-- Mogę wiedzieć, o co ci chodzi? – zapytała bez ogródek – A tak w ogóle to gdzie byłaś rano?
-- Oh, a więc ja muszę ci mówić, gdzie wychodzę, a ty mi już nie? – odparowała butnie Ginevra patrząc na Hermionę z jawnym wrzutem. Panna Granger zmieszała się
-- Chodzi ci o wczorajszą noc, tak? – spytała szeptem, nie chcąc by ktoś niepowołany mógł to usłyszeć
-- Oczywiście, że o to mi chodzi! – zawołała Ruda – Budzę się w środku nocy, a ciebie nie ma! Żadnej informacji! – gderała. Pod tym względem Ginny bardzo przypominała panią Weasley – Wróciłaś do pokoju po północy! I nawet nie mówiłaś gdzie idziesz! A poza tym wróciłaś do pokoju ubrana w męską bluzę! Aż z daleka zalatywałaś dobrymi, męskimi i pewnie obrzydliwie drogimi perfumami! Nic nie wiedziałam o żadnym chłopaku… - stwierdziła z wyrzutem…
-- Na Godryka, Ginny! – Hermiona nie wierzyła własnym uszom – To nie tak! Malfoy i Zabini wyciągnęli, a raczej zmusili mnie, żebym z nimi poszła na dwór. Myślałam, że pójdziemy na boisko Quiddytha, bo oni chcieli wypróbować nowe miotły! A poszliśmy do Zakazanego Lasu… - wyjaśniła
-- Nie złapali was? – spytała lekko udobruchana Ginny słuchając  z uwagą przyjaciółki. Nawet lekka uraza nie mogła poskromić jej ciekawości
-- Na szczęście nie… - westchnęła Hermiona – A bluzę Malfoya miałam na sobie, bo byłam tylko w piżamie, a na dworze było zimno… - wytłumaczyła to najbardziej niewygodną kwestię
-- Zaraz, zaraz – przerwała jej Ginny, upuszczając z wrażenia swoją kanapkę - powiedziałaś, że DRACO MALFOY dał ci SWOJĄ bluzę??? – powiedziała wytrzeszczając szeroko swoje niebieskozielone oczy na rumieniącą się w zaskakującym tempie szatynkę
-- Ciszej! – upomniała ją Hermiona, ale chyba nikt nie usłyszał słów rudowłosej Gryfonki; wszyscy byli pogrążeni w rozmowach i w jedzeniu śniadania – No dał mi ją, bo nie miał wyboru; Blaise nie miał bluzy, tylko bluzkę z długim rękawem, więc Malfoy został praktycznie zmuszonym by mi ją pożyczyć… - wyjaśniała szybko, ale rumieńce na jej twarzy wcale nie zbladły
-- Uhuhuhuhuh – Ginny pokręciła z westchnieniem głową – Herm! Ty czasem naprawdę niczego nie rozumiesz… – dodała, mamrocząc pod nosem – Jakby nie chciał to by ci tej bluzy nie dał… - uśmiechnęła się tajemniczo
-- Ehh… – westchnęła Hermiona, nie chcąc ciągnąć dalej tej, bezsensownej jej zdaniem  dyskusji – A poza tym… no dalej nie było już nic ciekawego, leciałam z tą bladą fretką na miotle, a potem…- zaczęła, jak gdyby nigdy nic Hermiona, nalewając sobie kakao do szklanki. Ginny, słysząc rewelacje przyjaciółki, w jednym momencie wypluła zawartość swojego kubka- pyszną kawę latte
-- Że co? – wyjąkała, otarłszy usta z resztek kawy i wycierając serwetką mokry stół
-- No – zaczerwieniła się jeszcze bardziej Hermiona – Ten dureń zmusił mnie, żebym z nim leciała na miotle, bo sugerował, że się boję. – wyjaśniła oskarżycielsko zerkając na stół Ślizgonów. Bez trudu wypatrzyła tam charakterystyczną, platynową czuprynę…
-- Ahh… zmusił cię – powiedziała ze „zrozumieniem” Ginevra
-- No chyba nie sądzisz, że z własnej woli wsiadła bym na miotłę, z tym… tym… tlenionym gadem! – wykrzyknęła obronnie Hermiona – A potem jeszcze założyliśmy się – powiedziała krzywo. Była zdeterminowana by wygrać ten zakład, choć dopiero teraz uświadomiła sobie, że tak naprawdę o nic się nie założyli… Będą to musieli potem dopracować
-- A więc jeszcze i zakładzik – dorzuciła zjadliwie Ginny w akcie łakomstwa sięgając po dziesiątą już dzisiaj babeczkę z czekoladą. Ginny mierzyła jakieś 160 cm wzrostu, przy wadze ok. 40 kg, a obżerała się niemiłosiernie i prawie nie tyła.
-- Tak, zakładzik. – powiedziała Hermiona, ignorując przytyk swojej Rudej przyjaciółki – I mam zamiar go wygrać! – odparła twardo, uśmiechając się szeroko do zajadającej się pysznym ciastkiem Ginny. Ruda, podobnie jak Hermiona kochała czekoladę, ale gdy Ruda ją jadła zawsze była nią umorusana na twarzy. Teraz też tak było, ale szatynka, z przyzwyczajenia już nie zwróciła na to uwagi – Teraz już wiesz, co chciałaś. A ty gdzie byłaś rano? – zapytała przyglądając się z uwagą Ginny. Ku jej bezgranicznemu zdziwieniu, Ginny zarumieniła się lekko i przygryzła dolną wargę – co zawsze robiła gdy była zdenerwowana, lub chciała nagiąć trochę prawdę
-- Byłam u pani Pomfrey, na ściągnięciu gipsu – wyjaśniła, prezentując nogę nieokutą już w biały gips – kość zrosła się w mgnieniu oka – pochwaliła
-- To dobrze – uśmiechnęła się Hermiona – ale jakim cudem doszłaś sama aż do Skrzydła Szpitalnego z nogą w gipsie? – zapytała ciemnowłosa Gryfonka. Ginny  modliła się dosłownie, by to pytanie umknęło bystremu umysłowi panny Granger, ale niestety…
-- No bo… ja tam nie poszłam sama – wydukała, czerwieniąc się aż po cebulki ogniście rudych włosów
-- A z kim, jeśli można wiedzieć? – zapytała Hermiona, z trudem powstrzymując się od kociego uśmiechu, który mimo jej woli starał się wpłynąć na jej twarz. Tak naprawdę, to już zanim jej Ruda przyjaciółka odpowiedziała, ona sama już domyślała się prawdy. W końcu była najmądrzejszą czarownicą od czasów samej Ravenclaw.
-- No z tym… no – dukała Ginny, czerwieniąc się niczym piwonia – No bo ja spotkałam Blaisa po drodze i… tego… i on mnie odprowadził. – zakończyła szybko, nieświadomie zerkając na stół Ślizgonów. Blaise, jak mogła się spodziewać siedział obok Malfoya, ale był jakiś inny. Uśmiechał się w taki sposób, jakby przechytrzył samego Diabła. Gdy już myślała, że udało jej się zerknąć na Zabiniego dyskretnie, ten, ten ślizgoński dureń, również spojrzał na nią. Przez chwilę nie potrafiła oderwać wzroku od jego zielonych oczu, ale gdy
uśmiechnął się szelmowsko, jakby próbując coś jej udowodnić, po raz kolejny dzisiaj zarumieniła się i zgromiła bruneta wściekłym spojrzeniem i ostentacyjnie sięgnęła po kolejną babeczkę, zupełnie nie rozumiejąc, z czego Blaise tak się śmieje.
-- Ahhh, a więc to tak… - mruknęła z uśmiechem Hermiona, kończąc śniadanie i sięgając po torbę, w której leżała bluza Malfoya – Choć, Gin. Musimy zdążyć na lekcje, a ja muszę oddać bluzę sama- wiesz – komu – szepnęła konspiracyjnie
-- Dobra, chodźmy – ustąpiła Ruda, wstając od stołu. Duża grupa uczniów również ruszyła do drzwi, sprawiając, że nagle zrobiło się bardzo tłoczno. Lekcja miała zacząć się za niecałe pięć minut …
 
Gdy wreszcie udało jej się dopchać do drzwi zauważyła wśród uczniów charakterystyczną blond czuprynę. Po chwili była już całkowicie pewna, że owe blond włosy należały do Malfoya. Przepchnęła się do przodu, by wyjść przed nim, potrącając przy tym prawie każdego, kto stał na ich drodze.
Gdy wreszcie wyszła z Wielkiej Sali stanęła za kolumną stojącą prze marmurowych drzwiach, schodząc z drogi tłumowi, zmierzającego do sal lekcyjnych. Równocześnie stanęła na palcach, by wśród morza uczniów wypatrzyć tę nieprawdopodobnie jasne blond włosy.
Czuła się jakby każdy przechodzący obok niej patrzył na nią z niechęcią, lub zdziwieniem, choć podświadomie zdawała sobie sprawę, że tak jej się tylko zdaje, a tak naprawdę jest po prostu zawstydzona perspektywą oddania bluzy Ślizgonowi. Jeszcze, nie daj Boże pomyśli sobie, że naumyślnie zachowała na noc część jego garderoby. A takiego wstydu by nie zniosła.
Ponad głowami tłumu wreszcie wypatrzyła czuprynę niewątpliwie należącą do ślizgońskiego arystokraty. Wzięła głęboki wdech i postąpiła parę kroków na przód, łapiąc za muskularne ramię chłopaka…
                                                       ***
Blaise Zabini, stanąwszy za ogromną rzeźbą przedstawiają wielkiego Merlina, stojącej naprzeciwko Wielkiej Sali, wyjął zza szaty swoją świerkową różdżkę i uśmiechnął się pod nosem.
Teraz czekał tylko na sygnał od Parkinson, która miała mu powiedzieć, kiedy Draco i Hermiona znajdą się na tyle blisko siebie, by mógł aktywować bransoletki, które dał im w imię zakładu wczorajszego wieczoru.
Bo te bransoletki nie były ani zwyczajne, ani bezużyteczne. A właśnie wręcz przeciwnie. Z ich pomocą zamierzał dokonać czegoś prawie niemożliwego. Choć lepiej brzmi, że pomoże z ich pomocą dwójce ludzi, którzy niekoniecznie będą teraz zachwyceni z tej pomocy, ale Blaise był pewny, że kiedyś mu podziękują. I w zamian w razie potrzeby wyciągnął z więzienia, pożyczą forsy lub pomogą obrobić Gringotta. Ale, nad podziękowaniami pomyśli jeszcze potem, teraz musi zacząć wcielać swój plan w życie.
Z zamyślenia wyrwał go władczy głos Pansy. Jak na tak drobną osóbkę robiła wokół siebie zdecydowanie za dużo zamieszania. Zabini aż zaczynał współczuć Potterowi… W miarę miła Parkinson irytowała do granic możliwości, choć była najlepszą przyjaciółką Blaisa, ale wredna i złośliwa Pany musiała być wprost nie do zniesienia, a Wybraniec raczej znał tą wredną stroną Mopsicy, czego Blaise wcale mu nie zazdrościł. A nawet wręcz przeciwnie…
-- Jesteś pewny, że Draco nie wrócił z dormitorium w bluzie? – zapytała po raz setny dzisiejszego ranka brunetka. Blaise wywrócił zielonymi oczami i po raz kolejny przytaknął
-- Na sto procent, Mopsiku… - westchnął, nie za bardzo orientując się, że ostatnie słowo wypowiada głośno, dziewczyna zmroziła go spojrzeniem ciemnych oczu
-- Co powiedziałeś? – wycedziła powoli, a Blaisa, mimo że o ponad 30 centymetrów wyższego ogarnęło lekkie zmieszanie
-- Eee, na sto procent, Pansiku – zająknął się lekko. Pansy wydęła lekko usta, doskonale świadoma przekrętu czarnowłosego ślizgona.
-- To dobrze. Granger na sto procent ją ma teraz ze sobą, bo każdy wie, że nie znosi odkładać rzeczy do zrobienia na później.
-- I zapewne odda ją teraz po wyjściu z Wielkiej Sali, bo nie będzie chciała ryzykować, że podczas wyjmowania książek wyleci z niej charakterystyczna bluza Draco, no wiesz; z wyhaftowanymi inicjałami na ramieniu…  Wtedy by miała przechlapane, szczególnie od psycho- wielbicielek naszego drogiego Dracusia – stwierdził z szerokim uśmiechem chłopak.
-- A teraz właśnie, nasza droga panna Granger wychodzi z Sali… - Pansy wskazała dyskretnie na zdenerwowaną Gryfonkę, ustawiającą się niepewnie za kolumną i ściskającą kurczowo torbę. Blaise szturchnął delikatnie Pansy i spojrzał z dumą na nerwowo przystępującą z miejsca na miejsce brązowowłosą dziewczynę
-- Mówiłem, że tak będzie, wszystko idzie zgodnie z planem. A tak na marginesie, Pansiak, czego my się tak w to angażujemy? Sami by sobie też nieźle poradzili. Chemia, to chemia… - powiedział, trzymając różdżkę w gotowości i uważnie obserwując drzwi.
-- My się w to za bardzo nie angażujemy, – zaznaczyła brunetka – my po prostu pomagamy im… zacząć – wyjaśniła. Zabini spojrzał na nią z politowaniem. Jak to możliwe, że dziewczyna, która tak dobrze potrafiła zrozumieć uczucia innych, kompletnie gubiła się we własnych…
-- A ty jak zamierzasz rozpocząć walkę o swoje uczucia? – zapytał cicho chłopak, patrząc sugestywnie na Ślizgonkę. Pansy tylko pogardliwie wydęła wargi mamrocząc
-- Nie wiem o co ci chodzi… - burknęła – Patrz, widzę Malfoya! – zawołała. Faktycznie, wśród grona uczniów wychodzących z Sali Blaise dostrzegł Dracona. Prawdę mówiąc, naprawdę trudno było go nie zobaczyć; w końcu miał ponad 190 centymetrów wzrostu, niesamowicie blond włosy i dumny, arystokratyczny sposób chodzenia, który sprawiał, że wyróżniał się w tłumie i, że ludzie woleli zwykle schodzić mu z drogi.
-- Teraz tylko czekamy na odpowiedni moment – szepnął Blaise, nie spuszczając badawczego wzroku szmaragdowych oczu z przyjaciela. Pansy również nagle spoważniała
-- Trzymaj różdżkę w gotowości… - poinstruowała cicho. Blaise skinął głową, na znak, że ma wszystko pod kontrolą
Tymczasem, Hermiona złapała nic niespodziewającego się Malfoya za ramię i pociągnęła go za kolumnę, by ukryć się czym prędzej od wścibskich spojrzeń pozostałych uczniów.
-- Et ligabis ea duo filum invisibilia, ne se ab eis, et non fuit aliquid superfluum!- zawołał Zabini, gdy Draco i Hermiona znaleźli się dość blisko siebie - Eu vis armillas sibique perplexi sunt,
Lorem tota decem sese colles duo inimicos fiat impossibilis fiat, et quid in animo habeat!- zawołał Blaise, prawie łamiąc sobie język na potwornie trudnej łacinie. A z nią pan Zabini zawsze miewał kłopoty. Rzucając zaklęcie, musiał raz po raz zerkać do ściągawki, ale koniec końców zaklęcie zostało rzucone.
-- Co to zaklęcie znaczy? – zapytała ciekawie Pansy, obserwując, jak bransoletki, które mieli na sobie Draco i Hermiona zaczęły świecić; srebrna bransoletka dziewczyny na zielono, a złota bransoletka chłopaka na czerwono.
-- Dosłownie znaczy to; Zwiąż te dwie osoby niewidzialną nicią, nie pozwól im odejść daleko od siebie, jakby nic poza nimi nie było
Aktywuj moc bransoletek splatających to…
Niech nie oddalą się od siebie przez dziesięć dni całych, dwóch wrogów razem niech będzie, co niemożliwe niech stanie się, a co im przeznaczone, niech będzie! – powiedział z uśmiechem dumy Blaise. Pansy głośno gwizdnęła z podziwem. Blaise spojrzał na nią zaskoczony i widocznie zazdrosny
-- Ej, ja tak nie potrafię! – zawołał z wyrzutem mając na myśli profesjonalny  gwizd Parkinson
-- Lata praktyk… - brunetka wzruszyła ramionami – A tak w ogóle, to skąd wytrzasnąłeś te bransoletki? – zapytała podejrzliwie. Od dawna interesował ją ten fakt, a teraz wreszcie miała okazje zapytać o to Blaisa
-- A wiesz, Pans… Na Pokątnej można dostać praktycznie wszystko, jeśli tylko wiedzieć, gdzie szukać… Na początku, chciałem je podstępem wcisnąć Ginny Weasley a drugą założyć sobie, a potem rzucić to zaklęcie, żeby była zmuszona spędzić ze mną masę czasu. Ale uznałem, że poradzę sobie z Wiewiórką bez magii, mając do dyspozycji ogrom mojego uroku osobistego, a drobna pomoc magii lepiej pomoże… im - odparł tajemniczo. Pansy parsknęła krótkim śmiechem, potem wskazała dłonią na rozmawiających podniesionymi głosami Hermionę i Draco
-- Jak myślisz, Blaise, co z tego wyniknie? Co nam zrobią, gdy dowiedzą się o bransoletkach?  – zapytała, patrząc na widocznie spierających się Granger i Malfoya. Blaise uśmiechnął się i powiedział
-- Myślę, że coś dobrego, Pans. I jestem pewny, że kiedyś nam podziękują – uśmiechnął się, na samą  myśl o wyrazie wdzięczności przyjaciół… Pansy prychnęła i stwierdziła z przekąsem
-- O ile nas wcześniej nie zamordują…
                                                      ***
Draco Malfoy skończywszy śniadanie ruszył do wyjścia z Wielkiej Sali. Dziwnym sposobem miał dziś wyjątkowo dobry humor. Nawet mimo niewyspania i jakże bestialskiego obudzenia przez Blaisa (wylanie wiadra zimnej wody na głowę nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy). Jego dobrego nastroju nie zniszczył nawet fakt, iż dokładnie w tym momencie około setka innych uczniów również ruszyła jednocześnie do drzwi, powodując korek.
Ale w końcu udało mu się wydostać z Wielkiej Sali. Ruszył szybkim krokiem w stronę korytarzy na pierwsze piętro, ale w tym samym momencie poczuł na ramieniu drobną dłoń, która z zaskakującą siłą pociągnęła go za olbrzymią, białą kolumnę, stojącą przy wejściu do sali. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył, do kogo należała ta dłoń i kto czekał na niego za kolumną
-- Granger? – zawołał zdziwiony. Hermiona natychmiast go uciszyła i rozejrzała nerwowo dookoła, czy nikt nie usłyszał blondyna
-- Na Godryka! Malfoy! Ciszej, chcesz, żeby wszyscy usłyszeli, że jestem tu z tobą? – zapytała, mocno akcentując ostatnie słowa. Draco parsknął pobłażliwym śmiechem
-- No, Granger. Najpierw się na mnie rzucasz i zaciągasz w ustronne miejsce, co już samo w sobie jest dziwne i może budzić u innych podejrzenia, a teraz oburzasz się na myśl, że ktoś mógłby nas tu razem usłyszeć, albo zobaczyć. A mogę w ogóle wiedzieć, po co mnie tu ściągnęłaś? Mnie też nie uśmiecha się myśl, że ktoś mógłby zobaczyć z… - zaczął, ale przerwał mu słodki głosik Hermiony
-- Malfoy, nie zapomniałeś o naszym zakładzie? – przypomniała mu przesłodzonym tonem. Draco na moment zamilknął, ale już chwilę potem zmroził dziewczynę wzrokiem i wycedził
-- No dobra… Po prostu chcę wiedzieć, po co mnie tu ściągnęłaś, okej? Bo chyba nie po to, by napawać się moim powalającym wyglądem, co? – zakpił, ignorując ostre spojrzenia Gryfonki
-- Uspokój się, Malfoy! Całe szczęście, że obiecaliśmy być dla siebie względnie mili, bo teraz mam w odniesieniu do ciebie wiele nie za bardzo ciekawych epitetów! – syknęła, ściągając z ramienia torbę – Chciałam tylko oddać ci twoją bluzę! A nie zamierzałam nosić jej cały dzień w torbie.. .
-- A już myślałem, że ją sobie przywłaszczyłaś i nie mam co spodziewać się, że mi ja zwrócisz – zaśmiał się blondyn. Hermiona prychnęła i rzuciła w chłopaka bluzą. Ubranie trafiło go prosto w twarz.
-- Spadaj i bierz bluzę, Malfoy! – westchnęła, kręcąc ze zrezygnowaniem oczami
-- No, no, pamiętaj o naszym zakładzie, przemądrzała Gryfonko – upomniał ją zgryźliwie arystokrata
-- A ciekawi mnie, Malfoy, czy wiesz, że ten nasz zakład był trochę bez sensu? – zapytała poważnie
-- A bo co? Boisz się, że przegrasz? – zasugerował złośliwie Draco. Hermiona prychnęła
-- Oczywiście, że nie idi… znaczy Malfoy! Chodzi mi o to, że o nic się nie założyliśmy, geniuszku! – powiedziała z politowaniem
-- Nie spinaj, Granger. Zaraz to naprawimy. – stwierdził niedbale blondyn – Zrobimy tak, jak ty przegrasz, czyli mnie obrazisz lub wyzwiesz, to przez tydzień robisz wszystko, co ja ci powiem… - powiedział z szerokim, złośliwym uśmiechem
-- A jeśli ty pierwszy mnie wyzwiesz, albo obrazisz to ty też przez caluteńki tydzień robisz wszystko, co ja chcę! – dokończyła spod przymrużonych powiek Hermiona. Draco zdziwił się hardością w jej głosie, ale przyjął zakład. Nie omieszkał również dogryźć brązowookiej Gryfonce.
-- I tak przegrasz, Granger… - powiedział z politowaniem – Już teraz ledwie powstrzymujesz się, przed nazwaniem mnie idiotą, a co dopiero po tygodniu… - zakpił wrednie
-- No chyba ty! – odparowała Hermiona, krzyżując ręce na piersi i patrząc z niemym wyrzutem na blondyna – Ja nad sobą panuje doskonale, to ty sobie nie radzisz! – wytknęła mu
-- Niech ci będzie, Panno- Wiem- Wszystko- Najlepiej, – przedrzeźnił ją Draco – ale może powinniśmy iść na lekcje? Teraz mamy transmutację z tą wariatką Bielikow… - powiedział krzywo – Nienawidzę transmutacji… - jęknął
-- Transmutacja jest łatwa, tylko ty jesteś zbyt leniwy, by się jej porządnie nauczyć… - powiedziała karcąco dziewczyna, zakładając torbę na ramię. Draco wywrócił oczami
-- Wiesz, ja w przeciwieństwie do ciebie prowadzę życie towarzyskie, Granger… - sarknął z przekąsem
-- Spadaj! – syknęła, unosząc nieznacznie głowę, by spojrzeć z wściekłością w niebieskie oczy Ślizgona.
Gdy tak mierzyli się wzrokiem, Hermiona ze zdziwieniem poczuła jak coś delikatnie ogrzewa jej nadgarstek. Spojrzała na swoją dłoń i otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Bransoletka, którą wczorajszej nocy dał jej Blaise jaśniała delikatną zieloną poświatą. A mogła przysiąc, że ta bransoletka jeszcze parę minut temu była srebrna!
Zerknęła zdziwiona na nadgarstek Malfoya, gdyż przypomniała sobie, że i on otrzymał od Zabiniego taką bransoletkę, tyle że złotą. Jednak w tej chwili świeciła na… czerwono.
-- Co się tak patrzysz na moją rękę Granger? Śmiem twierdzić, że moja twarz jest atrakcyjniejsza… - zaśmiał się wrednie Ślizgon. Jednak Hermiona nie zareagowała na jego głupią zaczepkę, tylko szepnęła podekscytowana
-- Malfoy! Zobacz! Twoja bransoletka! – wskazała na jego rękę, i złapawszy za nadgarstek chłopaka podniosła ją do góry
-- Yyy… – Malfoy z niewiadomych przyczyn lekko poróżowiał na twarzy – Mogę wiedzieć, czego mnie łapiesz za rękę, Granger?
-- Malfoy! – przywołała go do porządku Gryfonka. Wpatrywała się raz po raz, to w swoją bransoletkę, to w bransoletkę Draco. Miała przeczucie, że dzieje się z nimi coś niedobrego – Moja bransoleta była jeszcze przed chwilą srebrna, mogłabym przysiąc! – wykrztusiła przecierając z niedowierzeniem oczy – A teraz wyraźnie widać, że jest zielona!
-- Na pewno dobrze się czujesz, Granger? – zapytał z kpiącym uśmiechem blondyn. Ale zerknąwszy na bransoletkę, przyznał w duchu Hermionie racje. On również był pewny, że bransoletka, która dał mu Blaise była złota. Tyle, że teraz… była czerwona i jaśniała lekką, szkarłatną poświatą. Upewniwszy się, że nic mu się nie przewidziało zerknął po raz kolejny na bransoletkę Hermiony. Wyraźnie widział, że była zielona, choć był pewny, że gdy Blaise dawał im wczorajszego wieczoru bransoletki, które miały przypieczętować ich zakład, jedna z nich była złota– ją dostał on– a druga- srebrna- ta druga dostała się Hermionie. – Wiesz… Niechętnie to mówię – powiedział z ociąganiem blondyn – ale chyba masz racje… Tylko dlaczego tym się tak podniecasz?
-- Może to coś złego, nie przyszło ci to do głowy? – oświeciła go szatynka. Draco parsknął
-- Słuchaj, Granger… - uspokoił ją blondyn – To, że jesteś najinteligentniejszą czarownicą naszych czasów… według niektórych, oczywiście. To jeszcze nie znaczy, że musisz doszukiwać się zła i czarnej magii w każdym przedmiocie. Zabini, jak go znam kupił te bransoletki w jakimś sklepiku na Pokątnej, albo u Weasleyów. Mało to takich badziewi, co świecą po jakimś czasie? O ile się orientuję, to nawet mugole mają takie zabaweczki…
-- Możliwe. –przyznała Hermiona – Ale czuję, że to coś innego. Nie złego, ale niepokojącego… - powiedziała lekko rumieniąc się – Powiedz, Malfoy, nie czujesz się jakoś tak dziwnie? Bo ja mam uczucie, jakby coś mnie wiązało, jakbym nagle została do czegoś przykuta… - powiedziała cicho, przełykając głośno ślinę. Od kilku sekund właśnie czuła się, jakby z czymś związana; jakby niewidzialne liny oplatały jej nadgarstki… }
-- W sumie, też się jakoś nieswojo czuję – odparł dla świętego spokoju Draco. Chociaż fakt, faktem, że czuł się podobnie jak Hermiona… - Ale to po prostu śmieszne, że sądzisz… - zaczął moralizatorskim tonem. O ironio, teraz największy kobieciarz Hogwartu pouczał najmądrzejszą i najbardziej poukładaną dziewczynę, jaką widział świat. Jednak w jednym momencie cała jego pewność siebie niebezpiecznie się zachwiała. Powodem były wypisane w powietrzu za pomocą magii słowa

„Niniejszym informuje was, że od tego momentu wasza dwójka została związana potężny zaklęciem, wymyślnym przez samą Rovenę Ravenclaw. Jego działanie jest proste; wasza dwójka nie odejdzie od siebie dalej niż na dziesięć metrów, gdy któreś z was przekroczy tą odległość… Cóż skutki nie będą przyjemne. Zaklęcie ulega tymczasowemu uśpieni tylko na czas nocy. Od godziny 20:30 do 7:30. W pozostałe godziny, zostaliście zmuszeni do przebywania razem. Bransoletki mają jakieś tysiąc lat i nawet Hermiona nie da rady go złamać. Zaklęcie zostało rzucone i nic na to nie poradzicie. A zgodnie z obietnicą bransoletki pomogą wam w waszym układzie. Czas, który ze sobą spędzicie pokażę, na co naprawdę was stać…”
                                                            I tak domyślicie się kto jest tego autorem

-- Granger, czy ja jestem jakiś upośledzony, czy faktycznie widzę, to co widzę? – zapytał. Z każdą sekundą jego wściekłość rosła, a nie zamierzał wybuchać. Nie przy Granger…
-- Nie, Malfoy… Naprawdę widzimy, to co nam się wydaje, że widzimy… - oznajmiła Hermiona, patrząc się na znikające powoli litery
-- Granger, skoro jedyną osobą, która wiedziała o naszym zakładzie, był Blaise, to znaczy, że to wszystko to… on! – krzyknął Draco – Na Wszystkich Ślizgonów! Zabiję drania! – wrzasnął wściekle. Hermiona, wciąż wpatrująca się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się litery, tworzące wiadomość powiedziała stanowczo za spokojnym, według Dracona, jak na obecną sytuację, głosem
-- Akurat w tym przypadku jestem zmuszona się z tobą zgodzić…
-- Serio? – zapytał głupio. Hermiona wywróciła oczami.
-- Tak, serio. Ale teraz mamy poważniejszy problem, Malfoy. Zostałam zmuszona przez nieokreślony czas nie odchodzić od ciebie na dłużej niż dziesięć metrów! Co ludzie pomyślą? – lekko histeryzowała Gryfonka, siadając na jednym z trzech stopni schodów mieszczących się przy pechowej kolumnie. Draco ciężko usiadł obok niej, spoglądając z niedowierzeniem na bransoletki, które „wspaniałomyślnie” sprawił im Blaise
-- A co ja mam, do jasnej cholery, powiedzieć, Granger!? – zapytał głośno blondyn – A co o mnie ludzie powiedzą? Przecież wszyscy wiedzą, że cię nie znoszę? A poza tym jesteś szl… czarodziejką mugolskiego pochodzenia, a ja czarodziejem czystej krwi, z rodziny, która od pokoleń zachowywała czystość krwi! – jęknął
-- Boże, Malfoy… – dziewczyna parsknęła śmiechem, choć Draco nie był do końca pewny, czy był on raczej objawem lekkiej histerii, czy też po prostu nagłego dostrzeżenia w całej tej tragedii czegoś komicznego – Nawet robienie zakładów nam razem nie wychodzi, bo już pierwszego dnia wszystko się miesza…
Słysząc słowa Hermiony, nawet Draco Malfoy nie mógł się nie uśmiechnąć. Coś w tym było…
-- Racja, Granger. Jestem pewny, że to sprawka Zabiniego. Wiesz, tylko on ma tak głupie i pokręcone pomysły… On chyba chce, żebyśmy się pozabijali – stwierdził, uśmiechając się krzywo.
-- Pewnie ma nas już dość – zaśmiała się Hermiona – A nie czekaj, pewnie ciebie ma dość! – poprawiła się ze złośliwym uśmieszkiem.
-- Spadaj, Granger! – oburzył się blondyn „zabijając” spojrzeniem Gryfonkę – Przynajmniej nocny wypad do lasu nam się udał  - stwierdził. Właściwie nie wierzył, że wszystko pójdzie tak łatwo i nikt ich nie przyłapie… Myśląc, że im się upiekło nawet nie wiedział, jak się mylił…

-- Draco Malfoy, Hermiona Granger? – podskoczyli, gdy usłyszeli czyjś głos a swoimi plecami. Natychmiast odsunęli się od siebie ze zdawkowymi mianami. Osobą, do której należał ten głos była Krukonka z szóstego roku, Trinity Walsh – umalowana blondynka z brązowymi oczami
-- Tak, a o co chodzi? – wydukała niepewnie Hermiona, czując jak mimowolnie się rumieni. Trinity spojrzała na nią, a następnie na Malfoya. Gryfonka z niesmakiem zauważyła, że spojrzenie, jakie posyła blondynowi dziewczyna nie jest czysto koleżeńskie…
-- McGonagall wzywa was do swojego gabinetu. – oznajmiła z współczującym uśmiechem dziewczyna…

Ciąg dalszy nastąpi :D