.

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział XIV



 Witam po miesięcznej przerwie. Mam nadzieje, że mi wybaczycie. I to nie tylko tak późne dodanie rozdziału. Nawaliłam. Obiecałam Świąteczną Miniaturkę, której nie dałam rady opublikować. Nawiasem mówiąc, jest ona w połowie napisana. Obiecuję, przysięgam, że dodam ją 24 grudnia 2014 r.
A co do rozdziału, nudny i trochę dziwny, ale musiałam dodać coś takiego by fabuła miała sens.
A rozdział bez bety. I właśnie,mam zamiar wreszcie znaleźć nową betę :D




Rozdział XIV

Blaise Zabini zasypiał z wyjątkowym uśmiechem na ustach. Owszem był zmęczony i trochę zziębnięty po nocnej wyciecze do lasu, ale za to jaki miał wyśmienity humor!
A wiązało się to z dwójką jego przyjaciół i jego szatańskim geniuszem…
Czy oni naprawdę uwierzyli, że on dał im te bransoletki bez żadnego powodu? I że nic z nimi nie zrobił?
To był chyba szczyt ich głupoty…
Jak mogli się nie domyśleć, ani nie mieć żadnych podejrzeń?!
Ale cóż, to chyba nawet lepiej…
Był bardzo zadowolony z siebie. Wyszło wszystko tak, jak to sobie zaplanował, a nawet lepiej…
Pansy będzie zachwycona…
Za to Hermiona i Draco jak dowiedzą się o bransoletkach to go zamordują…
Ale tym pomartwi się rano…
                                                     ***
Hermiona wstała w wyśmienitym humorze, choć była niewyspana po wczorajszym wypadzie do lasu.
Miała mieszane uczucia. Wiedziała, że było to niezgodne z regulaminem i złe, ale w głębi serca czuła, że spędziła ten czas całkiem przyjemnie i nie mogła narzekać na brak wrażeń.
Szczególnie ten lot na miotle…
Owszem na początku bała się, że Malfoy wytrzaśnie jakiś haczyk, albo zrzuci ją z miotły, ale nic takiego się nie stało. A nawet wręcz przeciwnie, Malfoy, jakimś niewytłumaczalnym cudem powstrzymał się nawet od swoich uwag dotyczących szlam.
A co najlepsze, nikt ich nie nakrył, a cały wypad uszedł im całkowicie bezkarnie…
Przeciągnęła się i wstała z łóżka. Budzik stojący na jej stoliku nocnym wskazywał szóstką rano. Słońce niedawno wzeszło, a Lavender, Parvati i Thalia jeszcze smacznie spały w łóżkach, nie zważając na to, że za jakąś godzinę zacznie się śniadanie.
Ze zdziwieniem przyjęła jednak, że Ginny jeszcze nie śpi. Rudej w ogóle nie było w łóżku, a złożona na nim piżama i pościelone łóżko wskazywało ewidentnie na to, że Ginevra już była ubrana i najpewniej była gdzieś w zamku.
To już było samo w sobie dziwne, zważywszy na to, że przyjaciółka Hermiony nigdy nie należała do rannych ptaszków.
Szybko umyła się i uczesała, a potem włożyła mundurek i szaty. Automatycznie zerknęła na swój stolik nocny, patrząc na swoją różdżkę, wykonaną z winorośli. Zauważyła tam również małą, srebrną bransoletkę. Przypomniała sobie wówczas o zakładzie; bransoletkę podarował jej i Draconowi Blaise. Postanowiła ją włożyć; w końcu zakład to zakład, a skoro noszenie bransoletki to był jakiś nowy wymysł Diabła uznała, że nie będzie ingerować w zasady i ją założy. Zresztą, bransoletka ładnie współgrała z jej karnacją i ciemnymi szatami.  
Swoją piżamę ułożyła w kostkę i położyła w nogach drewnianego łóżka. Gdy ją składała dobiegł ją dziwny, aczkolwiek piękny i przyciągający zapach. Zdziwiona zmarszczyła brwi, tak, niewątpliwie znała skądś ten zapach… Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to perfumy Malfoya… Faktycznie wczoraj nosiła jego bluzę i zapewne jego zapach wsiąkł w jej piżamę. Skrzywiła się ostentacyjnie. Teraz nawet ona i jej piżama nosiły zalążek zapachu Malfoya. Trzeba będzie wyprać piżamkę – przemknęło jej przez myśl, ale wzmianka o Malfoy’u przypomniała jej coś jeszcze – Zapomniała wczoraj oddać bluzy tej tlenionej fretce! A najgorsze było to, że w całym pokoju nie mogła jej znaleźć. Przetrząsnęła chyba wszystkie zakamarki dormitorium i nie znalazła bluzy. Zaczęła panikować. Przecież on ją zabije! Jak mogła zgubić jego bluzę! – krzyczała w myślach, kręcąc się nerwowo po pokoju. W pewnym momencie jednak jej wzrok padł na jej prawie idealnie posłane łóżko. Efekt psuł tylko fragment czarnego materiału wystającego spod poduszki. Pchnięta przeczuciem i zaciekawieniem podeszła do łóżka i podniosła poduszkę. Podeszła do łóżka i jednym ruchem podniosła poduszkę do góry. I znalazła pod nią zgubę! Bluza Malfoya leżała jak gdyby nigdy nic tuż pod jej poduszką. Tylko jak ona się tam znalazła? – pomyślała marszcząc brwi. Bo cała sytuacja przedstawiała się nieciekawie (a może wręcz odwrotnie ;) ); wszystko wskazywało na to, że całą noc spędziła śpiąc praktycznie przytulona do bluzy blondyna…
                                                          ***
Hermiona Granger szła z opuszczoną głową zmierzając prosto do stołu Gryffindoru. Jej torba wyglądała na jeszcze bardziej zapełnioną niż zwykle, ale to była wina czarnej bluzy starannie złożonej i z trudem upchniętej do jej torby pełnej podręczników, zeszytów i rolek pergaminu, a bluza blondwłosego Ślizgona również zajmowała dużo miejsca.
A to właśnie ta niepozorna część garderoby chłopaka, która przez jej roztargnienie znalazła się wraz z nią w pokoju, była źródłem jej zmieszania. Nawet nie chciała myśleć co by było, gdyby ktoś dowiedział się, że niesie prosto po nocy, ze swojego dormitorium męską bluzę. A jeszcze byłoby gorzej, gdyby któraś z Ślizgonek rozpoznała w niej bluzę Malfoya.
Za każdym razem gdy ktoś przelotnie na nią spoglądał, Gryfonka miała wrażenie jakby wszyscy doskonale wiedzieli o jej wczorajszym wypadzie do lasu z dwójką Ślizgonów, i że zdawali sobie sprawę, co takiego poukładana panna Granger ukrywa w swej niepozornej torbie. Był to swego rodzaju spacer wstydu, choć tak na dobrą sprawę Hermiona nie miała żadnego powodu do wstydu lub zmieszania.
Wreszcie w tłumie Gryfonów siedzących przy stole odnalazła Ginny. Postanowiła się dowiedzieć co też jej ruda przyjaciółka porabiała z samego rana. Z ulgą usiadła ciężko na miejsce obok Ginny, a swoją torbę umiejscowiła dyskretnie pod stołem. Wiedziała, że jej zdenerwowanie nie miało sensu, ale mimo wszystko pewniej się czuła wiedząc, że jej torba jest usunięta z zasięgu wzroku.
-- Hej, Gin – powiedziała wciąż lekko zdenerwowana, sięgając drżącą dłonią po tost z serem. Ku jej zdziwieniu Weasleyówna obrzuciła ją tylko chłodnym, opanowanym spojrzeniem i całkowicie bez emocji odpowiedziała
-- Witaj, Hermiono – brązowowłosa Gryfonka zmarszczyła brwi. Coś tu było nie tak…
-- Mogę wiedzieć, o co ci chodzi? – zapytała bez ogródek – A tak w ogóle to gdzie byłaś rano?
-- Oh, a więc ja muszę ci mówić, gdzie wychodzę, a ty mi już nie? – odparowała butnie Ginevra patrząc na Hermionę z jawnym wrzutem. Panna Granger zmieszała się
-- Chodzi ci o wczorajszą noc, tak? – spytała szeptem, nie chcąc by ktoś niepowołany mógł to usłyszeć
-- Oczywiście, że o to mi chodzi! – zawołała Ruda – Budzę się w środku nocy, a ciebie nie ma! Żadnej informacji! – gderała. Pod tym względem Ginny bardzo przypominała panią Weasley – Wróciłaś do pokoju po północy! I nawet nie mówiłaś gdzie idziesz! A poza tym wróciłaś do pokoju ubrana w męską bluzę! Aż z daleka zalatywałaś dobrymi, męskimi i pewnie obrzydliwie drogimi perfumami! Nic nie wiedziałam o żadnym chłopaku… - stwierdziła z wyrzutem…
-- Na Godryka, Ginny! – Hermiona nie wierzyła własnym uszom – To nie tak! Malfoy i Zabini wyciągnęli, a raczej zmusili mnie, żebym z nimi poszła na dwór. Myślałam, że pójdziemy na boisko Quiddytha, bo oni chcieli wypróbować nowe miotły! A poszliśmy do Zakazanego Lasu… - wyjaśniła
-- Nie złapali was? – spytała lekko udobruchana Ginny słuchając  z uwagą przyjaciółki. Nawet lekka uraza nie mogła poskromić jej ciekawości
-- Na szczęście nie… - westchnęła Hermiona – A bluzę Malfoya miałam na sobie, bo byłam tylko w piżamie, a na dworze było zimno… - wytłumaczyła to najbardziej niewygodną kwestię
-- Zaraz, zaraz – przerwała jej Ginny, upuszczając z wrażenia swoją kanapkę - powiedziałaś, że DRACO MALFOY dał ci SWOJĄ bluzę??? – powiedziała wytrzeszczając szeroko swoje niebieskozielone oczy na rumieniącą się w zaskakującym tempie szatynkę
-- Ciszej! – upomniała ją Hermiona, ale chyba nikt nie usłyszał słów rudowłosej Gryfonki; wszyscy byli pogrążeni w rozmowach i w jedzeniu śniadania – No dał mi ją, bo nie miał wyboru; Blaise nie miał bluzy, tylko bluzkę z długim rękawem, więc Malfoy został praktycznie zmuszonym by mi ją pożyczyć… - wyjaśniała szybko, ale rumieńce na jej twarzy wcale nie zbladły
-- Uhuhuhuhuh – Ginny pokręciła z westchnieniem głową – Herm! Ty czasem naprawdę niczego nie rozumiesz… – dodała, mamrocząc pod nosem – Jakby nie chciał to by ci tej bluzy nie dał… - uśmiechnęła się tajemniczo
-- Ehh… – westchnęła Hermiona, nie chcąc ciągnąć dalej tej, bezsensownej jej zdaniem  dyskusji – A poza tym… no dalej nie było już nic ciekawego, leciałam z tą bladą fretką na miotle, a potem…- zaczęła, jak gdyby nigdy nic Hermiona, nalewając sobie kakao do szklanki. Ginny, słysząc rewelacje przyjaciółki, w jednym momencie wypluła zawartość swojego kubka- pyszną kawę latte
-- Że co? – wyjąkała, otarłszy usta z resztek kawy i wycierając serwetką mokry stół
-- No – zaczerwieniła się jeszcze bardziej Hermiona – Ten dureń zmusił mnie, żebym z nim leciała na miotle, bo sugerował, że się boję. – wyjaśniła oskarżycielsko zerkając na stół Ślizgonów. Bez trudu wypatrzyła tam charakterystyczną, platynową czuprynę…
-- Ahh… zmusił cię – powiedziała ze „zrozumieniem” Ginevra
-- No chyba nie sądzisz, że z własnej woli wsiadła bym na miotłę, z tym… tym… tlenionym gadem! – wykrzyknęła obronnie Hermiona – A potem jeszcze założyliśmy się – powiedziała krzywo. Była zdeterminowana by wygrać ten zakład, choć dopiero teraz uświadomiła sobie, że tak naprawdę o nic się nie założyli… Będą to musieli potem dopracować
-- A więc jeszcze i zakładzik – dorzuciła zjadliwie Ginny w akcie łakomstwa sięgając po dziesiątą już dzisiaj babeczkę z czekoladą. Ginny mierzyła jakieś 160 cm wzrostu, przy wadze ok. 40 kg, a obżerała się niemiłosiernie i prawie nie tyła.
-- Tak, zakładzik. – powiedziała Hermiona, ignorując przytyk swojej Rudej przyjaciółki – I mam zamiar go wygrać! – odparła twardo, uśmiechając się szeroko do zajadającej się pysznym ciastkiem Ginny. Ruda, podobnie jak Hermiona kochała czekoladę, ale gdy Ruda ją jadła zawsze była nią umorusana na twarzy. Teraz też tak było, ale szatynka, z przyzwyczajenia już nie zwróciła na to uwagi – Teraz już wiesz, co chciałaś. A ty gdzie byłaś rano? – zapytała przyglądając się z uwagą Ginny. Ku jej bezgranicznemu zdziwieniu, Ginny zarumieniła się lekko i przygryzła dolną wargę – co zawsze robiła gdy była zdenerwowana, lub chciała nagiąć trochę prawdę
-- Byłam u pani Pomfrey, na ściągnięciu gipsu – wyjaśniła, prezentując nogę nieokutą już w biały gips – kość zrosła się w mgnieniu oka – pochwaliła
-- To dobrze – uśmiechnęła się Hermiona – ale jakim cudem doszłaś sama aż do Skrzydła Szpitalnego z nogą w gipsie? – zapytała ciemnowłosa Gryfonka. Ginny  modliła się dosłownie, by to pytanie umknęło bystremu umysłowi panny Granger, ale niestety…
-- No bo… ja tam nie poszłam sama – wydukała, czerwieniąc się aż po cebulki ogniście rudych włosów
-- A z kim, jeśli można wiedzieć? – zapytała Hermiona, z trudem powstrzymując się od kociego uśmiechu, który mimo jej woli starał się wpłynąć na jej twarz. Tak naprawdę, to już zanim jej Ruda przyjaciółka odpowiedziała, ona sama już domyślała się prawdy. W końcu była najmądrzejszą czarownicą od czasów samej Ravenclaw.
-- No z tym… no – dukała Ginny, czerwieniąc się niczym piwonia – No bo ja spotkałam Blaisa po drodze i… tego… i on mnie odprowadził. – zakończyła szybko, nieświadomie zerkając na stół Ślizgonów. Blaise, jak mogła się spodziewać siedział obok Malfoya, ale był jakiś inny. Uśmiechał się w taki sposób, jakby przechytrzył samego Diabła. Gdy już myślała, że udało jej się zerknąć na Zabiniego dyskretnie, ten, ten ślizgoński dureń, również spojrzał na nią. Przez chwilę nie potrafiła oderwać wzroku od jego zielonych oczu, ale gdy
uśmiechnął się szelmowsko, jakby próbując coś jej udowodnić, po raz kolejny dzisiaj zarumieniła się i zgromiła bruneta wściekłym spojrzeniem i ostentacyjnie sięgnęła po kolejną babeczkę, zupełnie nie rozumiejąc, z czego Blaise tak się śmieje.
-- Ahhh, a więc to tak… - mruknęła z uśmiechem Hermiona, kończąc śniadanie i sięgając po torbę, w której leżała bluza Malfoya – Choć, Gin. Musimy zdążyć na lekcje, a ja muszę oddać bluzę sama- wiesz – komu – szepnęła konspiracyjnie
-- Dobra, chodźmy – ustąpiła Ruda, wstając od stołu. Duża grupa uczniów również ruszyła do drzwi, sprawiając, że nagle zrobiło się bardzo tłoczno. Lekcja miała zacząć się za niecałe pięć minut …
 
Gdy wreszcie udało jej się dopchać do drzwi zauważyła wśród uczniów charakterystyczną blond czuprynę. Po chwili była już całkowicie pewna, że owe blond włosy należały do Malfoya. Przepchnęła się do przodu, by wyjść przed nim, potrącając przy tym prawie każdego, kto stał na ich drodze.
Gdy wreszcie wyszła z Wielkiej Sali stanęła za kolumną stojącą prze marmurowych drzwiach, schodząc z drogi tłumowi, zmierzającego do sal lekcyjnych. Równocześnie stanęła na palcach, by wśród morza uczniów wypatrzyć tę nieprawdopodobnie jasne blond włosy.
Czuła się jakby każdy przechodzący obok niej patrzył na nią z niechęcią, lub zdziwieniem, choć podświadomie zdawała sobie sprawę, że tak jej się tylko zdaje, a tak naprawdę jest po prostu zawstydzona perspektywą oddania bluzy Ślizgonowi. Jeszcze, nie daj Boże pomyśli sobie, że naumyślnie zachowała na noc część jego garderoby. A takiego wstydu by nie zniosła.
Ponad głowami tłumu wreszcie wypatrzyła czuprynę niewątpliwie należącą do ślizgońskiego arystokraty. Wzięła głęboki wdech i postąpiła parę kroków na przód, łapiąc za muskularne ramię chłopaka…
                                                       ***
Blaise Zabini, stanąwszy za ogromną rzeźbą przedstawiają wielkiego Merlina, stojącej naprzeciwko Wielkiej Sali, wyjął zza szaty swoją świerkową różdżkę i uśmiechnął się pod nosem.
Teraz czekał tylko na sygnał od Parkinson, która miała mu powiedzieć, kiedy Draco i Hermiona znajdą się na tyle blisko siebie, by mógł aktywować bransoletki, które dał im w imię zakładu wczorajszego wieczoru.
Bo te bransoletki nie były ani zwyczajne, ani bezużyteczne. A właśnie wręcz przeciwnie. Z ich pomocą zamierzał dokonać czegoś prawie niemożliwego. Choć lepiej brzmi, że pomoże z ich pomocą dwójce ludzi, którzy niekoniecznie będą teraz zachwyceni z tej pomocy, ale Blaise był pewny, że kiedyś mu podziękują. I w zamian w razie potrzeby wyciągnął z więzienia, pożyczą forsy lub pomogą obrobić Gringotta. Ale, nad podziękowaniami pomyśli jeszcze potem, teraz musi zacząć wcielać swój plan w życie.
Z zamyślenia wyrwał go władczy głos Pansy. Jak na tak drobną osóbkę robiła wokół siebie zdecydowanie za dużo zamieszania. Zabini aż zaczynał współczuć Potterowi… W miarę miła Parkinson irytowała do granic możliwości, choć była najlepszą przyjaciółką Blaisa, ale wredna i złośliwa Pany musiała być wprost nie do zniesienia, a Wybraniec raczej znał tą wredną stroną Mopsicy, czego Blaise wcale mu nie zazdrościł. A nawet wręcz przeciwnie…
-- Jesteś pewny, że Draco nie wrócił z dormitorium w bluzie? – zapytała po raz setny dzisiejszego ranka brunetka. Blaise wywrócił zielonymi oczami i po raz kolejny przytaknął
-- Na sto procent, Mopsiku… - westchnął, nie za bardzo orientując się, że ostatnie słowo wypowiada głośno, dziewczyna zmroziła go spojrzeniem ciemnych oczu
-- Co powiedziałeś? – wycedziła powoli, a Blaisa, mimo że o ponad 30 centymetrów wyższego ogarnęło lekkie zmieszanie
-- Eee, na sto procent, Pansiku – zająknął się lekko. Pansy wydęła lekko usta, doskonale świadoma przekrętu czarnowłosego ślizgona.
-- To dobrze. Granger na sto procent ją ma teraz ze sobą, bo każdy wie, że nie znosi odkładać rzeczy do zrobienia na później.
-- I zapewne odda ją teraz po wyjściu z Wielkiej Sali, bo nie będzie chciała ryzykować, że podczas wyjmowania książek wyleci z niej charakterystyczna bluza Draco, no wiesz; z wyhaftowanymi inicjałami na ramieniu…  Wtedy by miała przechlapane, szczególnie od psycho- wielbicielek naszego drogiego Dracusia – stwierdził z szerokim uśmiechem chłopak.
-- A teraz właśnie, nasza droga panna Granger wychodzi z Sali… - Pansy wskazała dyskretnie na zdenerwowaną Gryfonkę, ustawiającą się niepewnie za kolumną i ściskającą kurczowo torbę. Blaise szturchnął delikatnie Pansy i spojrzał z dumą na nerwowo przystępującą z miejsca na miejsce brązowowłosą dziewczynę
-- Mówiłem, że tak będzie, wszystko idzie zgodnie z planem. A tak na marginesie, Pansiak, czego my się tak w to angażujemy? Sami by sobie też nieźle poradzili. Chemia, to chemia… - powiedział, trzymając różdżkę w gotowości i uważnie obserwując drzwi.
-- My się w to za bardzo nie angażujemy, – zaznaczyła brunetka – my po prostu pomagamy im… zacząć – wyjaśniła. Zabini spojrzał na nią z politowaniem. Jak to możliwe, że dziewczyna, która tak dobrze potrafiła zrozumieć uczucia innych, kompletnie gubiła się we własnych…
-- A ty jak zamierzasz rozpocząć walkę o swoje uczucia? – zapytał cicho chłopak, patrząc sugestywnie na Ślizgonkę. Pansy tylko pogardliwie wydęła wargi mamrocząc
-- Nie wiem o co ci chodzi… - burknęła – Patrz, widzę Malfoya! – zawołała. Faktycznie, wśród grona uczniów wychodzących z Sali Blaise dostrzegł Dracona. Prawdę mówiąc, naprawdę trudno było go nie zobaczyć; w końcu miał ponad 190 centymetrów wzrostu, niesamowicie blond włosy i dumny, arystokratyczny sposób chodzenia, który sprawiał, że wyróżniał się w tłumie i, że ludzie woleli zwykle schodzić mu z drogi.
-- Teraz tylko czekamy na odpowiedni moment – szepnął Blaise, nie spuszczając badawczego wzroku szmaragdowych oczu z przyjaciela. Pansy również nagle spoważniała
-- Trzymaj różdżkę w gotowości… - poinstruowała cicho. Blaise skinął głową, na znak, że ma wszystko pod kontrolą
Tymczasem, Hermiona złapała nic niespodziewającego się Malfoya za ramię i pociągnęła go za kolumnę, by ukryć się czym prędzej od wścibskich spojrzeń pozostałych uczniów.
-- Et ligabis ea duo filum invisibilia, ne se ab eis, et non fuit aliquid superfluum!- zawołał Zabini, gdy Draco i Hermiona znaleźli się dość blisko siebie - Eu vis armillas sibique perplexi sunt,
Lorem tota decem sese colles duo inimicos fiat impossibilis fiat, et quid in animo habeat!- zawołał Blaise, prawie łamiąc sobie język na potwornie trudnej łacinie. A z nią pan Zabini zawsze miewał kłopoty. Rzucając zaklęcie, musiał raz po raz zerkać do ściągawki, ale koniec końców zaklęcie zostało rzucone.
-- Co to zaklęcie znaczy? – zapytała ciekawie Pansy, obserwując, jak bransoletki, które mieli na sobie Draco i Hermiona zaczęły świecić; srebrna bransoletka dziewczyny na zielono, a złota bransoletka chłopaka na czerwono.
-- Dosłownie znaczy to; Zwiąż te dwie osoby niewidzialną nicią, nie pozwól im odejść daleko od siebie, jakby nic poza nimi nie było
Aktywuj moc bransoletek splatających to…
Niech nie oddalą się od siebie przez dziesięć dni całych, dwóch wrogów razem niech będzie, co niemożliwe niech stanie się, a co im przeznaczone, niech będzie! – powiedział z uśmiechem dumy Blaise. Pansy głośno gwizdnęła z podziwem. Blaise spojrzał na nią zaskoczony i widocznie zazdrosny
-- Ej, ja tak nie potrafię! – zawołał z wyrzutem mając na myśli profesjonalny  gwizd Parkinson
-- Lata praktyk… - brunetka wzruszyła ramionami – A tak w ogóle, to skąd wytrzasnąłeś te bransoletki? – zapytała podejrzliwie. Od dawna interesował ją ten fakt, a teraz wreszcie miała okazje zapytać o to Blaisa
-- A wiesz, Pans… Na Pokątnej można dostać praktycznie wszystko, jeśli tylko wiedzieć, gdzie szukać… Na początku, chciałem je podstępem wcisnąć Ginny Weasley a drugą założyć sobie, a potem rzucić to zaklęcie, żeby była zmuszona spędzić ze mną masę czasu. Ale uznałem, że poradzę sobie z Wiewiórką bez magii, mając do dyspozycji ogrom mojego uroku osobistego, a drobna pomoc magii lepiej pomoże… im - odparł tajemniczo. Pansy parsknęła krótkim śmiechem, potem wskazała dłonią na rozmawiających podniesionymi głosami Hermionę i Draco
-- Jak myślisz, Blaise, co z tego wyniknie? Co nam zrobią, gdy dowiedzą się o bransoletkach?  – zapytała, patrząc na widocznie spierających się Granger i Malfoya. Blaise uśmiechnął się i powiedział
-- Myślę, że coś dobrego, Pans. I jestem pewny, że kiedyś nam podziękują – uśmiechnął się, na samą  myśl o wyrazie wdzięczności przyjaciół… Pansy prychnęła i stwierdziła z przekąsem
-- O ile nas wcześniej nie zamordują…
                                                      ***
Draco Malfoy skończywszy śniadanie ruszył do wyjścia z Wielkiej Sali. Dziwnym sposobem miał dziś wyjątkowo dobry humor. Nawet mimo niewyspania i jakże bestialskiego obudzenia przez Blaisa (wylanie wiadra zimnej wody na głowę nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy). Jego dobrego nastroju nie zniszczył nawet fakt, iż dokładnie w tym momencie około setka innych uczniów również ruszyła jednocześnie do drzwi, powodując korek.
Ale w końcu udało mu się wydostać z Wielkiej Sali. Ruszył szybkim krokiem w stronę korytarzy na pierwsze piętro, ale w tym samym momencie poczuł na ramieniu drobną dłoń, która z zaskakującą siłą pociągnęła go za olbrzymią, białą kolumnę, stojącą przy wejściu do sali. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył, do kogo należała ta dłoń i kto czekał na niego za kolumną
-- Granger? – zawołał zdziwiony. Hermiona natychmiast go uciszyła i rozejrzała nerwowo dookoła, czy nikt nie usłyszał blondyna
-- Na Godryka! Malfoy! Ciszej, chcesz, żeby wszyscy usłyszeli, że jestem tu z tobą? – zapytała, mocno akcentując ostatnie słowa. Draco parsknął pobłażliwym śmiechem
-- No, Granger. Najpierw się na mnie rzucasz i zaciągasz w ustronne miejsce, co już samo w sobie jest dziwne i może budzić u innych podejrzenia, a teraz oburzasz się na myśl, że ktoś mógłby nas tu razem usłyszeć, albo zobaczyć. A mogę w ogóle wiedzieć, po co mnie tu ściągnęłaś? Mnie też nie uśmiecha się myśl, że ktoś mógłby zobaczyć z… - zaczął, ale przerwał mu słodki głosik Hermiony
-- Malfoy, nie zapomniałeś o naszym zakładzie? – przypomniała mu przesłodzonym tonem. Draco na moment zamilknął, ale już chwilę potem zmroził dziewczynę wzrokiem i wycedził
-- No dobra… Po prostu chcę wiedzieć, po co mnie tu ściągnęłaś, okej? Bo chyba nie po to, by napawać się moim powalającym wyglądem, co? – zakpił, ignorując ostre spojrzenia Gryfonki
-- Uspokój się, Malfoy! Całe szczęście, że obiecaliśmy być dla siebie względnie mili, bo teraz mam w odniesieniu do ciebie wiele nie za bardzo ciekawych epitetów! – syknęła, ściągając z ramienia torbę – Chciałam tylko oddać ci twoją bluzę! A nie zamierzałam nosić jej cały dzień w torbie.. .
-- A już myślałem, że ją sobie przywłaszczyłaś i nie mam co spodziewać się, że mi ja zwrócisz – zaśmiał się blondyn. Hermiona prychnęła i rzuciła w chłopaka bluzą. Ubranie trafiło go prosto w twarz.
-- Spadaj i bierz bluzę, Malfoy! – westchnęła, kręcąc ze zrezygnowaniem oczami
-- No, no, pamiętaj o naszym zakładzie, przemądrzała Gryfonko – upomniał ją zgryźliwie arystokrata
-- A ciekawi mnie, Malfoy, czy wiesz, że ten nasz zakład był trochę bez sensu? – zapytała poważnie
-- A bo co? Boisz się, że przegrasz? – zasugerował złośliwie Draco. Hermiona prychnęła
-- Oczywiście, że nie idi… znaczy Malfoy! Chodzi mi o to, że o nic się nie założyliśmy, geniuszku! – powiedziała z politowaniem
-- Nie spinaj, Granger. Zaraz to naprawimy. – stwierdził niedbale blondyn – Zrobimy tak, jak ty przegrasz, czyli mnie obrazisz lub wyzwiesz, to przez tydzień robisz wszystko, co ja ci powiem… - powiedział z szerokim, złośliwym uśmiechem
-- A jeśli ty pierwszy mnie wyzwiesz, albo obrazisz to ty też przez caluteńki tydzień robisz wszystko, co ja chcę! – dokończyła spod przymrużonych powiek Hermiona. Draco zdziwił się hardością w jej głosie, ale przyjął zakład. Nie omieszkał również dogryźć brązowookiej Gryfonce.
-- I tak przegrasz, Granger… - powiedział z politowaniem – Już teraz ledwie powstrzymujesz się, przed nazwaniem mnie idiotą, a co dopiero po tygodniu… - zakpił wrednie
-- No chyba ty! – odparowała Hermiona, krzyżując ręce na piersi i patrząc z niemym wyrzutem na blondyna – Ja nad sobą panuje doskonale, to ty sobie nie radzisz! – wytknęła mu
-- Niech ci będzie, Panno- Wiem- Wszystko- Najlepiej, – przedrzeźnił ją Draco – ale może powinniśmy iść na lekcje? Teraz mamy transmutację z tą wariatką Bielikow… - powiedział krzywo – Nienawidzę transmutacji… - jęknął
-- Transmutacja jest łatwa, tylko ty jesteś zbyt leniwy, by się jej porządnie nauczyć… - powiedziała karcąco dziewczyna, zakładając torbę na ramię. Draco wywrócił oczami
-- Wiesz, ja w przeciwieństwie do ciebie prowadzę życie towarzyskie, Granger… - sarknął z przekąsem
-- Spadaj! – syknęła, unosząc nieznacznie głowę, by spojrzeć z wściekłością w niebieskie oczy Ślizgona.
Gdy tak mierzyli się wzrokiem, Hermiona ze zdziwieniem poczuła jak coś delikatnie ogrzewa jej nadgarstek. Spojrzała na swoją dłoń i otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Bransoletka, którą wczorajszej nocy dał jej Blaise jaśniała delikatną zieloną poświatą. A mogła przysiąc, że ta bransoletka jeszcze parę minut temu była srebrna!
Zerknęła zdziwiona na nadgarstek Malfoya, gdyż przypomniała sobie, że i on otrzymał od Zabiniego taką bransoletkę, tyle że złotą. Jednak w tej chwili świeciła na… czerwono.
-- Co się tak patrzysz na moją rękę Granger? Śmiem twierdzić, że moja twarz jest atrakcyjniejsza… - zaśmiał się wrednie Ślizgon. Jednak Hermiona nie zareagowała na jego głupią zaczepkę, tylko szepnęła podekscytowana
-- Malfoy! Zobacz! Twoja bransoletka! – wskazała na jego rękę, i złapawszy za nadgarstek chłopaka podniosła ją do góry
-- Yyy… – Malfoy z niewiadomych przyczyn lekko poróżowiał na twarzy – Mogę wiedzieć, czego mnie łapiesz za rękę, Granger?
-- Malfoy! – przywołała go do porządku Gryfonka. Wpatrywała się raz po raz, to w swoją bransoletkę, to w bransoletkę Draco. Miała przeczucie, że dzieje się z nimi coś niedobrego – Moja bransoleta była jeszcze przed chwilą srebrna, mogłabym przysiąc! – wykrztusiła przecierając z niedowierzeniem oczy – A teraz wyraźnie widać, że jest zielona!
-- Na pewno dobrze się czujesz, Granger? – zapytał z kpiącym uśmiechem blondyn. Ale zerknąwszy na bransoletkę, przyznał w duchu Hermionie racje. On również był pewny, że bransoletka, która dał mu Blaise była złota. Tyle, że teraz… była czerwona i jaśniała lekką, szkarłatną poświatą. Upewniwszy się, że nic mu się nie przewidziało zerknął po raz kolejny na bransoletkę Hermiony. Wyraźnie widział, że była zielona, choć był pewny, że gdy Blaise dawał im wczorajszego wieczoru bransoletki, które miały przypieczętować ich zakład, jedna z nich była złota– ją dostał on– a druga- srebrna- ta druga dostała się Hermionie. – Wiesz… Niechętnie to mówię – powiedział z ociąganiem blondyn – ale chyba masz racje… Tylko dlaczego tym się tak podniecasz?
-- Może to coś złego, nie przyszło ci to do głowy? – oświeciła go szatynka. Draco parsknął
-- Słuchaj, Granger… - uspokoił ją blondyn – To, że jesteś najinteligentniejszą czarownicą naszych czasów… według niektórych, oczywiście. To jeszcze nie znaczy, że musisz doszukiwać się zła i czarnej magii w każdym przedmiocie. Zabini, jak go znam kupił te bransoletki w jakimś sklepiku na Pokątnej, albo u Weasleyów. Mało to takich badziewi, co świecą po jakimś czasie? O ile się orientuję, to nawet mugole mają takie zabaweczki…
-- Możliwe. –przyznała Hermiona – Ale czuję, że to coś innego. Nie złego, ale niepokojącego… - powiedziała lekko rumieniąc się – Powiedz, Malfoy, nie czujesz się jakoś tak dziwnie? Bo ja mam uczucie, jakby coś mnie wiązało, jakbym nagle została do czegoś przykuta… - powiedziała cicho, przełykając głośno ślinę. Od kilku sekund właśnie czuła się, jakby z czymś związana; jakby niewidzialne liny oplatały jej nadgarstki… }
-- W sumie, też się jakoś nieswojo czuję – odparł dla świętego spokoju Draco. Chociaż fakt, faktem, że czuł się podobnie jak Hermiona… - Ale to po prostu śmieszne, że sądzisz… - zaczął moralizatorskim tonem. O ironio, teraz największy kobieciarz Hogwartu pouczał najmądrzejszą i najbardziej poukładaną dziewczynę, jaką widział świat. Jednak w jednym momencie cała jego pewność siebie niebezpiecznie się zachwiała. Powodem były wypisane w powietrzu za pomocą magii słowa

„Niniejszym informuje was, że od tego momentu wasza dwójka została związana potężny zaklęciem, wymyślnym przez samą Rovenę Ravenclaw. Jego działanie jest proste; wasza dwójka nie odejdzie od siebie dalej niż na dziesięć metrów, gdy któreś z was przekroczy tą odległość… Cóż skutki nie będą przyjemne. Zaklęcie ulega tymczasowemu uśpieni tylko na czas nocy. Od godziny 20:30 do 7:30. W pozostałe godziny, zostaliście zmuszeni do przebywania razem. Bransoletki mają jakieś tysiąc lat i nawet Hermiona nie da rady go złamać. Zaklęcie zostało rzucone i nic na to nie poradzicie. A zgodnie z obietnicą bransoletki pomogą wam w waszym układzie. Czas, który ze sobą spędzicie pokażę, na co naprawdę was stać…”
                                                            I tak domyślicie się kto jest tego autorem

-- Granger, czy ja jestem jakiś upośledzony, czy faktycznie widzę, to co widzę? – zapytał. Z każdą sekundą jego wściekłość rosła, a nie zamierzał wybuchać. Nie przy Granger…
-- Nie, Malfoy… Naprawdę widzimy, to co nam się wydaje, że widzimy… - oznajmiła Hermiona, patrząc się na znikające powoli litery
-- Granger, skoro jedyną osobą, która wiedziała o naszym zakładzie, był Blaise, to znaczy, że to wszystko to… on! – krzyknął Draco – Na Wszystkich Ślizgonów! Zabiję drania! – wrzasnął wściekle. Hermiona, wciąż wpatrująca się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się litery, tworzące wiadomość powiedziała stanowczo za spokojnym, według Dracona, jak na obecną sytuację, głosem
-- Akurat w tym przypadku jestem zmuszona się z tobą zgodzić…
-- Serio? – zapytał głupio. Hermiona wywróciła oczami.
-- Tak, serio. Ale teraz mamy poważniejszy problem, Malfoy. Zostałam zmuszona przez nieokreślony czas nie odchodzić od ciebie na dłużej niż dziesięć metrów! Co ludzie pomyślą? – lekko histeryzowała Gryfonka, siadając na jednym z trzech stopni schodów mieszczących się przy pechowej kolumnie. Draco ciężko usiadł obok niej, spoglądając z niedowierzeniem na bransoletki, które „wspaniałomyślnie” sprawił im Blaise
-- A co ja mam, do jasnej cholery, powiedzieć, Granger!? – zapytał głośno blondyn – A co o mnie ludzie powiedzą? Przecież wszyscy wiedzą, że cię nie znoszę? A poza tym jesteś szl… czarodziejką mugolskiego pochodzenia, a ja czarodziejem czystej krwi, z rodziny, która od pokoleń zachowywała czystość krwi! – jęknął
-- Boże, Malfoy… – dziewczyna parsknęła śmiechem, choć Draco nie był do końca pewny, czy był on raczej objawem lekkiej histerii, czy też po prostu nagłego dostrzeżenia w całej tej tragedii czegoś komicznego – Nawet robienie zakładów nam razem nie wychodzi, bo już pierwszego dnia wszystko się miesza…
Słysząc słowa Hermiony, nawet Draco Malfoy nie mógł się nie uśmiechnąć. Coś w tym było…
-- Racja, Granger. Jestem pewny, że to sprawka Zabiniego. Wiesz, tylko on ma tak głupie i pokręcone pomysły… On chyba chce, żebyśmy się pozabijali – stwierdził, uśmiechając się krzywo.
-- Pewnie ma nas już dość – zaśmiała się Hermiona – A nie czekaj, pewnie ciebie ma dość! – poprawiła się ze złośliwym uśmieszkiem.
-- Spadaj, Granger! – oburzył się blondyn „zabijając” spojrzeniem Gryfonkę – Przynajmniej nocny wypad do lasu nam się udał  - stwierdził. Właściwie nie wierzył, że wszystko pójdzie tak łatwo i nikt ich nie przyłapie… Myśląc, że im się upiekło nawet nie wiedział, jak się mylił…

-- Draco Malfoy, Hermiona Granger? – podskoczyli, gdy usłyszeli czyjś głos a swoimi plecami. Natychmiast odsunęli się od siebie ze zdawkowymi mianami. Osobą, do której należał ten głos była Krukonka z szóstego roku, Trinity Walsh – umalowana blondynka z brązowymi oczami
-- Tak, a o co chodzi? – wydukała niepewnie Hermiona, czując jak mimowolnie się rumieni. Trinity spojrzała na nią, a następnie na Malfoya. Gryfonka z niesmakiem zauważyła, że spojrzenie, jakie posyła blondynowi dziewczyna nie jest czysto koleżeńskie…
-- McGonagall wzywa was do swojego gabinetu. – oznajmiła z współczującym uśmiechem dziewczyna…

Ciąg dalszy nastąpi :D

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział XIII



 Rozdział bez bety, bo chciałam koniecznie coś dziś dodać. W wolnej chwili sprawdzę i dodam sprawdzoną wersję z mniejszą ilością błędów :)
Mam nadzieje, że sprostałam oczekiwaniom. A tak w ogóle to zapraszam na zwiastun wykonany przez Brizzę, znajduje się w zakładce Zwiastuny i Zapowiedzi i na stronie Spis Treści.

    Piosenka do rozdziału - Beauty and the beast 
(wersja poprawiona)
Rozdział XIII


Hermiona wzdrygnęła się, gdy wyszli z zamku i zetknęli się z zimnym, jesiennym, nocnym powietrzem. Na Blaisie i na Malfoyu chyba nagła różnica temperatur nie zrobiła większego wrażenia, bowiem, mimo że tylko w bluzkach, szli luźnym krokiem przed siebie.
-- Więc idziemy na boisko Quiddytha? – zapytała, rozcierając dłonie, tonące w materiale o wiele za dużej na nią bluzy Draco.
Ku jej zdziwieniu Blaise pokręcił głową, a Draco prychnął
-- Coś ty, Granger. Boisko jest usytuowane naprzeciwko pokoi większości nauczycieli, mógłby ktoś nas zobaczyć. My nie będziemy grać, Granger. My chcemy tylko poćwiczyć i wypróbować miotły. – wyjaśnił
-- Ale gdzie chcecie iść? – zapytała z przekąsem. Na dworze było bardzo zimno, w końcu było już po 10, a był środek września.
-- Na polanę blisko Zakazanego Lasu – odparli chórem Ślizgoni. Hermionę dosłownie wmurowało w ziemię. Nie bała się zbytnio Zakazanego Lasu, nawet bywała tam kilka razy. Ale wizyta tam po zmroku, z dwójką ŚLIZGONÓW to zupełnie co innego. Mimowolnie zadrżała. Nie tylko z lekkiego strachu, ale i z zimna. W końcu miała na sobie tylko nie za długie spodenki od piżamy, koszulkę i bluzę Malfoya.
-- Wam coś padło na mózg! – syknęła, patrząc z niedowierzaniem na chłopaków. – Byliście kiedyś w Zakazanym Lesie po zmroku?! Ja tylko raz i do tej pory to pamiętam! Nie bez powodu chyba ten las nazywa się Zakazanym! – warknęła machając w agonii rękami.
-- Nie spinaj, Herm – poprosił Zabini z rozbrajającym uśmieszkiem, patrząc na nią wyczekująco tymi zielonymi oczami. – Tylko na pół godzinki – dodał szybko.
-- Ehh… - westchnęła Hermiona. Już wiedziała, że ustąpi... – Sama nie wiem dlaczego się na to godzę…
-- Może dlatego, że wprost nie można się nam oprzeć? – zasugerował kpiarsko blond włosy Ślizgon. Hermiona wywróciła oczami i prychnęła
-- Nie wiem, czy pamiętasz Draco, ale jako jedna z nielicznych dziewczyn nie jestem twoją psychofanką i możesz być pewny, że w normalnych okolicznościach i tak bym ci odmówiła. – powiedziała, cedząc powoli każde słowo.
-- Ale wiesz, Granger – Malfoy nie wydawał się być zbity z tropu  - Z tamtymi dziewczynami przynajmniej trochę flirtowałem. Gdybym z tobą spróbował, też byś dla mnie zrobiła wszystko – oznajmił z flirciarskim uśmiechem blondyn. Blaise zakaszlał gwałtownie, nie próbując nawet ukryć rozbawienia pewnymi słowami swojego przyjaciela.
-- Nie jesteś zbyt pewny siebie? – zakpiła Gryfonka opierając ręce na biodrach – Jeśli nie zauważyłeś, ja nie należę do tych dziewczyn, które zwracają uwagę wyłącznie na wygląd. Dla mnie liczy się charakter i wartości. A pod tym względem zbyt wiele do zaoferowania nie masz… - oznajmiła. Draco spoważniał i przyjrzał się jej poważnie, lustrując ją wzrokiem
-- Ty również mnie nie znasz, Granger – powiedział w końcu, wciąż nie spuszczając wzroku z Hermiony. – więc nie wiesz, jaki jestem naprawdę. – oznajmił
-- Jak niby mam cię znać od innej strony, skoro przez te siedem lat naszej znajomości nie doczekałam się z twojej strony niczego innego, jak tylko obelg, wyzwisk i bezpodstawnych uprzedzeń, co?! – odparowała ostro. Blaise uniósł ręce w obronnym geście.
-- Nie żebym się wtrącał, ale skoro mamy się wyrobić w tą godzinę, to lepiej, żebyśmy… – zaczął niepewnie, ale i tak zaraz został uciszony przez Draco i Hermionę
-- Nie wtrącaj się! –krzyknęli równocześnie, w tym samym czasie odwracając się do bruneta. Blaise ostatecznie skapitulował
-- Jestem Ślizognem, Granger! Czarodziejem czystej krwi, a ty jesteś szlamą! SZLAMĄ – syknął – To już samo w sobie nie jest obiektem dumy
-- Wiesz, ja tam się cieszę, że urodziłam się w normalnej rodzinie! I mimo, że moi rodzice są mugolami to kocham ich i nie zamieniłabym ich na nikogo innego! Nie jestem materialistką, Malfoy! To nie moja wina, że nie urodziłam się w rodzinie magicznej. Nie ma nic złego w tym, że jestem pierwszą czarodziejką w mojej rodzinie, a dla mnie jest to wręcz powód do dumy! – warknęła – A ty, gdybyś nie był takim aroganckim dupkiem to wiedziałbyś, że wszyscy, bez względu na pochodzenie jesteśmy czarodziejami, a nasza wartość zależy od nas samych!
-- Fajnie Granger, że dzielisz się ze mną swoimi przemyśleniami… - zakpił, a Blaise spoglądał na nich niespokojnie. Jeśli tak dalej będą się wydzierać, to na bank ich złapią i wlepią ostry szlaban, a dodatkowo polecą punkty.
-- Widzisz!? – Hermiona załamała ręce – Nawet w takich poważnych rozmowach jesteś cyniczny i niewiele obchodzi cię stanowisko innych, bo ty jesteś najważniejszy! 
-- Dobra, Granger, a niby ty jesteś taka idealna? – zaatakował Malfoy w odwecie – Może i jesteś zbawczynią świata czarodziejów, członkinią świętej trójcy i mimo, że wszyscy cię mają za taką świętą, idealną dziewczynę to ty też masz wady! Już nawet nie chodzi o twoją krew, ale o przemądrzałość. Uważasz, że zjadłaś wszystkie rozumy i bez przerwy się wywyższasz.
-- A ty niby nie? – odparowała
-- Może i tak – zgodził się ugodowo Draco, patrząc na nią ze złością w stalowo błękitnych oczach – Ale ty po prostu wkurzasz! Zawsze prowadzasz się z idiotami! Potter może jeszcze by uszedł, ale Weasley? Chociaż on i tak jest lepszy od tego Piromana – burknął z odrazą Draco. Hermiona zmarszczyła brwi zdezorientowana
-- Mogę wiedzieć o kim ty mówisz, Malfoy? – zapytała zdziwiona. Blondyn tylko wywrócił pogardliwie oczami|
-- No jak to,  o kim? – sarknął – O tym Piromanie- Finniganie! On zawsze miał jakieś problemy z ogniem…
-- To, że Seamusowi zawsze wszystko wybucha, to jeszcze nie znaczy, że jest piromanem – zaoponowała Hermiona, stając w obronie kolegi.
-- Jasne… - prychnął pod nosem Zabini, obserwując z rozbawieniem sprzeczkę Hermiony i Dracona. – Ale nie możecie tego dokończyć jutro? Bo jak tak dalej pójdzie to skończymy nad ranem… - zakpił, a jego słowa przywróciły Hermionę do pionu.
Dopiero teraz zaczęła odczuwać przeszywający chłód, na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Dziwne, jeszcze nigdy nie była aż tak pochłonięta jakąś tam sprzeczką. Westchnęła, a kątem oka  dostrzegła, że Malfoy, mimo agresywnej i pewnej siebie postawy również wydaje się zmieszany.
-- Ruszcie się – powiedziała w końcu – im szybciej tam dojdziemy, tym szybciej wrócimy… - westchnęła i cicho ruszyli w stronę Zakazanego Lasu

*
-- Malfoy, to ty? – szepnęła spanikowana Gryfonka o czekoladowych oczach. W lesie było ciemno i ponuro, cały czas dało się słyszeć jakieś trzaski, wycia zwierząt, stukoty kopyt, pohukiwania sów itp. A przez gęste korony i rozgałęzienia drzew nie docierało światło księżyca. Malfoy prychnął
-- Oczywiście, że ja Granger! Niby kto inny? – zaraz potem uśmiechnął się kpiąco – A co, cykasz się? – zasugerował.
-- Chciałbyś, Malfoy! – burknęła prostując się dumnie – trzeba czegoś więcej niż jakiś tam las żeby mnie wystraszyć! – Zabini uśmiechnął się lekko do Malfoya, ale nie skomentował tego. Natomiast Draco spojrzał z góry na drobną dziewczynę i prychnął
-- Taa, a kto się bał sam zejść z drabiny, kujonko? – zakpił z szerokim, Malfoyowskim uśmiechem na wargach – Trzeba było ci tą drabinę trzymać, żebyś stamtąd zeszła – wypomniał jej
-- Hmm, ale wiesz Smoku, nikt nie kazał ci tego robić... – dorzucił swoje trzy grosze Blaise, stając w obronie dziewczyny.
-- No właśnie! – podjęła Gryfonka – Wcale cię nie prosiłam o pomoc! Właściwie to nawet wolałam, żecy  to Blaise przytrzymał tą głupią drabinę! Ale nie, oczywiście – burknęła – jak ja NIE CHCĘ , żebyś czegoś robił, to tobie się nagle to CHCE robić! I nic cię od tego nie odwiedzie! – wytknęła obrażona.
-- No właśnie Granger, więc było nie gadać, że robię to źle - oświecił ją łaskawie
-- Ale właśnie ty robiłeś to źle! – nie ustępowała Hermiona – Przez ciebie i twoją głupotę prawie spadłam z te durnej drabiny! – wybuchła dziewczyna i oskarżycielsko spojrzała spod przymrużonych powiek na Malfoya.
-- Ale to było zabawne! – bronił się arystokrata
-- Chyba tylko dla ciebie! – warknęła urażona dziewczyna. Blaise parsknął śmiechem
-- Całkiem przyjemnie słuchać tych waszych przepychanek, moje gołąbeczki, ale jak tak dalej się będziecie wydzierać to albo nas złapie stary dziadyga woźny lub stara jędza McGonagall – stwierdził z rozbawieniem – A ta lepsza wersja, mówi, że wasze głosy przyciągną wilkołaki, lisołaki lub chimery i zginiemy wszyscy w tym lesie, a naszych zwłok nikt nigdy nie odnajdzie – powiedział złowieszczym tonem brunet. Hermiona zmarszczyła brwi i lekko trąciła łokciem Dracona w żebra
-- On tak zawsze? – spytała szeptem patrząc z niepokojem na Blaisa, który wciąż stał nieruchomo i uśmiechał się do nich szeroko
-- Niestety przez większość czasu  - westchnął blondyn, spoglądając na swojego przyjaciela, który przyglądał się im z miną niewinnego aniołeczka. Zarówno Draco, jak i Hermiona byli tak zdziwienia nagłymi i nieco dziwnymi słowami Blaisa, że nawet zapomnieli oburzyć się, gdy ciemnowłosy Ślizgon nazwał ich „gołąbeczki” .
-- To idziemy, czy mamy tu tak stać? – zapytał Diabeł beztrosko. Hermionaę wmurowało w ziemię. Jeśli Malfoy był doskonałym aktorem i zmieniał nastroje jak rękawiczki, to Blaise był jeszcze bardziej nieprzewidywalny, choć u niego dominował raczej dobry humor, co było wielkim plusem
-- Dobra, chodźmy… – ustąpiła Hermiona – Jak już mówiłam, im szybciej pójdziemy, tym szybciej wrócimy. Przyspieszyli kroku, teraz praktycznie już truchtali, z tym, że Draco i Blasie robili to z naturalną gracją i bezszelestnie, a pod stopami Hermiony, mimo że starała się biec cicho, co jakiś czas trzaskały gałęzie i zasuszone liście. Wreszcie znaleźli się na przestronnej polanie, otoczonej wielkimi, wiekowymi modrzewiami i sosnami.  Zza drzew wystawały niektóre wieże Hogwartu, więc Hermiona oceniła, że wcale nie są aż tak daleko od zamku, jak jej się początkowo wydawało.
Tymczasem Draco i Blaise złapali miotły i jednym, zwinnym ruchem wsiedli na miotły i wznieśli się kilka metrów w górę.
-- Mionka! – zawołał Blaise do stojącej na dole brązowowłosej Gryfonki – Usiądź sobie na jakimś pniu, nam to zajmie tylko kilkanaście minut! – obiecał po czym prawie wystrzelił gwałtownie w górę
-- Tyko nie zemdlej z zachwytu, Granger – rzucił na odchodnym Malfoy z tym swoim firmowym uśmiechem, po czym poleciał w górę za przyjacielem

Hermiona obserwowała lot Ślizgonów. Latanie na miotle jakoś specjalnie jej nie podniecało. W końcu to tylko latanie. Niechętnie obserwowała kiedyś popisy na miotłach Harry’ego i Rona, bo najzwyczajniej w świecie ją to nudziło. A oni doskonale to wiedzieli i później jej już nie namawiali.
Ale gra Malfoya i Blaisa była trochę inna. Obaj latali z taką prędkością, że Hermionie zakręciło się w głowie od samego patrzenia. A gdy Blaise zaczął lecieć prosto na drzewo, po czym gwałtownie skręcił, trzymając w jednej dłoni, drobną, uschniętą gałąź z drzewa, dziewczyna myślała już, że chłopak po prostu rozbije się na drzewie. Ale Diabeł był przecież Ścigającym. Uniki i nagłe zwroty to była jego specjalność. Natomiast Malfoy rozpędził się do granic możliwości i z taką oto prędkością zaczął gwałtownie lecieć w dół. Hermiona z rozszerzonymi oczami obserwowała poczynania blondyna. Mimo, że wiedziała , że to tylko popisy, to jednak wyglądało to bardzo niebezpiecznie, bo gdyby tylko Malfoy o sekundę za późno poderwał się do góry jego miotła rozbiłaby się na drzazgi w kontakcie z ziemią, przy tak dużej prędkości, a on sam praktycznie nie miałby szans na przeżycie po takim upadku.
Mimowolnie z podziwem przyglądała się ich poczynaniom. Nawet nie zwracała uwagi na zimno, docierające do niej przez materiał ciemnej bluzy Malfoya.

Po kilku lub też kilkunastu minutach Draco Malfoy, znienawidzony przez Hermionę Ślizgon zaprzestał szaleńczego latania wraz z Blaisem i zatrzymał się zaledwie niecałe dwa metry nad siedzącą na starym pniu szatynką. Jednym sprawnym obrócił miotłę i tak wisząc w powietrzu głową do dołu wyszczerzył się do zdziwionej Hermiony
-- I co, Granger. Musisz przyznać, że te twoje żałosne Gryfki nawet nam do pięt nie dorastają – zapytał z kpiną
-- Wcale nie! – zaperzyła się z mocą dziewczyna uderzając lekko otwartą dłonią w czoło Malfoya. Na ten gest chłopak lekko się obruszył
-- Ej! – zawołał – zniszczysz mi fryzurę! – upomniał ją, na co Hemriona tylko pokręciła oczami nad głupotą i poziomem samouwielbienia tlenionego arystokraty. Dziwne, ale jak na razie Malfoy zachowywał się tyci, tyciuteńko lepiej niż zwykle. Pewnie Blaise musiał go czymś upić… - Granger – zagaił w końcu z wrednym błyskiem w oku – Co tak się gapisz, jakbyś człowieka na miotle nie widziała? Cykasz się przed lataniem? – zakpił
-- Chyba ty, Malfoy! – zaprzeczyła agresywnym sykiem – Zresztą, ja nie widzę człowieka na miotle, ja widzę tylko jakąś wredną fretkę na miotle! – powiedziała mściwie, wiedząc, że za użycie tego wyrażenia wobec arystokraty może nawet przypłacić życiem
-- Spadaj! – obruszył się słysząc słowo „fretka”
-- Malfoy – uśmiechnęła się słodko Hermiona – Nie wiś tak głową w dół, bo ci krew do mózgu spłynie, chociaż może w ten sposób dowiemy się czy go masz, czy może jednak nie. Ja osobiście skłaniałabym się do tej drugiej hipotezy! – zaśmiała się.
-- Jakaś ty zabawna Szlamciu! Normalnie boki zrywać! Hahahaha – zaśmiał się sztucznie Malfoy, wciąż nie zmieniając położenia, choć od tego wiszenia głową w dół robiło mu się powoli nie dobrze – Ale chyba mi nie powiesz, że ja przebiegły Ślizgon – powiedział teatralnie – jestem w jakiejś dyscyplinie odważniejszy od ciebie, chlubnej uczennicy sławetnego i odważnego Gryfolandu! – zaśmiewał się kręcąc spiralne kółka przed Hermioną. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i wydęła lekko usta
-- Wcale się nie boje pacanie! – warknęła. Draco prychnął, a Blaise, lecący tuż za ich plecami roześmiał się cicho słysząc ich słowną przepychankę…
-- Udowodnij! – zażądał Draco, patrząc jak Hermiona wytrzeszcza na niego swoje wielkie, brązowe oczy – Wsiądź ze mną na miotłę! – Gryfonka o mało nie spadła z pniaka, gdy usłyszała słowa blondyna
-- Chyba żeś rozum postradał! – wyjąkała Hermiona. Czy on kompletnie zwariował? Może znowu Blaise mu coś do soku nasypał? – Ja i ty razem na miotle, Malfoy!? To by zburzyło porządek wszechświata! Poza tym, Malfoy, ja chcę dożyć końca szkoły! A nie uśmiecha mi się śmierć z tobą na miotle! – wygarnęła mu
-- Aha – odparł ze spokojem jasnowłosy Ślizgon – Czyli się boisz – powiedział lekkim tonem. Hermiona ze świstem wciągnęła powietrze i wstała gwałtownie , dumnie się prostując
-- Właśnie, ze nie ty tleniony idioto! Po prostu nie jestem samobójcą!  - oświadczyła, patrząc krytycznie na Błyskawicę chłopaka
-- Po prostu się cykasz! – zaśpiewał melodyjnie chłopak, mimo że wciąż wisiał głową w dół – Szlamcie jednak tchórzą! – na te słowa Hermiona prychnęła oburzona. Żaden przebrzydły Ślizgon nie będzie jej wypominał tchórzostwa. Przeleci się na tej durnej miotle, choćby była to ostatnia rzecz jaką zrobi w życiu!
-- Zamknij się Malfoy! – zawołała opierając ręce na biodrach i wstając szybko z pnia, mimo odrętwiałych nóg – Ja nigdy nie tchórzę, nie to co takie tchórzofretki jak ty! Ląduj natychmiast i się posuń! – rozkazała. Malfoy uniósł kpiąco brwi, ale odwrócił się razem z miotłą i lekko wylądował na ziemi tuż przed wzburzoną Gryfonką. Przesunął się do tyłu, tak by brązowooka bez problemu mogła wsiąść na „pojazd”
-- To jak, wsiadasz? – zapytał z szyderczym uśmiechem. Dziewczyna jednak tym razem to zignorowała i zacisnęła wargi. Powoli i z wahaniem usiadła na miotle i kurczowo złapała się jej rączki, jak ostatniej deski ratunku. Poczuła, jak Malfoy, siedzący tuż za nią momentalnie zesztywniał. Hermiona wykrzywiła wargi w lekkim grymasie i szybko wywróciła oczami; pewnie od dotyku „szlamy” – pomyślała z niechęcią. Ale szybko pokręciła głową odganiając od siebie tę myśl. Malfoy ją sprowokował- więc teraz niech cierpi…
-- Dobra, Granger, złap się mocno rączki i jej nie puszczaj – poinstruował ją jak dziecko. Hermiona prychnęła; wiedziała, że Malfoy ma ją za głupią, ale bez przesady, nawet Astoria nie byłaby tak głupia, by puścić rączkę miotły, gdy na niej leciała.
Chwyciła trzon miotły jeszcze mocniej, a ku jej zdziwieniu Draco, ponieważ był od niej sporo wyższy, z łatwością sięgnął do rączki miotły tuż przed jej własnymi dłońmi. Więc chcąc nie chcąc, panna Granger stykała się z ramionami Ślizgona i była przez nie praktycznie objęta… - Gotowa, Granger? – zapytał, tak dla zasady, bo nie czekając na jej odpowiedź mocno odbił się stopami od ziemi i szybko wzleciał w powietrze.
Hermiona pisnęła cicho. Była kompletnie zaskoczona, a szybkość z jaką oderwali się od ziemi sprawiła, ze poczuła tzw. motylki w brzuchu.
Draco, słysząc reakcje dziewczyny roześmiał się, a Hermiona nie mogła stwierdzić, czy był to ten zwykły, szyderczy i kpiący śmiech Dracona Malfoya, czy może też… ten prawdziwy?
Nie zastanawiała się nad tym, bo była zbyt zajęta podziwianiem obezwładniającego widoku; wznieśli się tak wysoko, że mogli zobaczyć Hogwardzkie jezioro i srebrny księżyc odbijający się w jego gładkiej tafli oraz drzewa, wspaniałe, wysokie drzewa przygotowujące się do zbliżającej się zimy. A niebo było ciemne, nie przysłonięte ani jedną chmurką, co pozwalało podziwiać im nie tylko wielki księżyc, ale i miliony srebrnych, błyskających co jakiś czas gwiazd.
Hermiona lekko uśmiechnęła się podziwiając te wspaniałe cuda, o których wiedziała, ale równocześnie nie znała tak jak poznała w tej chwili. W tej chwili była wdzięczna Malfoyowi, że wyciągnął ją na ten lot miotłą, choć nie przyznałaby tego na głos.
Ta sceneria, czyli ; ona i Malfoy na miotle coś jej przypominała. Tylko co?
Przez chwilę głowiła się nad tym, ale w końcu coś jej zaświtało. Jej sen przed tegorocznym pójściem to Hogwartu! Tak, to było to! Wtedy śniło jej się, że leciała na miotle z Malfoyem, ona spadła, a on ją złapał …
-- To dziwne… -wymamrotała pod nosem, ale i tak nie uszło to uwadze blondyna
-- Co jest dziwne? – zapytał po raz pierwszy odkąd razem wzbili się w powietrze. Hermiona spanikowała lekko. Nie miała zamiaru przyznawać się Malfoyowi, że śnił jej się. Jeszcze ten nadęty buc pomyślałby sobie, że o nim myślała. A tak nie było…
-- To, że lecisz ze szlamą i ją dotykasz, Malfoy – wymyśliła na poczekaniu. Draco zawahał się chwilę ale odpowiedział
-- Odkażę się Granger, już ty się o mnie nie martw… - odparł cynicznie, ale Hermiona nagle krzyknęła
-- Widzisz, Malfoy? – zawołała z entuzjazmem wskazując na niebo. Początkowo nie wiedział o co jej chodzi, ale po ułamku sekundy wreszcie zrozumiał, co przykuło uwagę Hermiony; była to spadająca gwiazda – Dawaj, Malfoy, myśl życzenie – dźgnęła go w żebra i ponagliła. Sama swoje już przed kilkoma sekundami pomyślała…
-- Nie wierzę w takie brednie – odburknął chłopak, ale jednak szybko pomyślał swoje najskrytsze życzenie…
-- A ty w cokolwiek wierzysz? – spytała sceptycznie Gryfonka, kręcąc lekko głową
-- Oczywiście, że w coś wierzę – obruszył się Ślizgon – W magię i w siebie…
-- Czyli jesteś realistą – uznała Hermiona, Draco lekko wzruszył ramionami
-- Na to wychodzi… - powiedział lakonicznie. Na chwilę zapanowała między nimi lekko krępujące milczenie. Draco wykonywał różne zwroty i łatwe, bezpieczne zakręty, a Hermiona podziwiała otaczający się przed nimi krajobraz. Dawno nie czuła się tak odprężona…
-- Malfoy? – spytała w końcu, przerywając ciszę – Pamiętasz, tą naszą sprzeczkę na początku drogi? – miała na myśli tą kłótnie, podczas której wypominali sobie, wiele rzeczy, jednak argumentem każdego było to, że drugie się myli i ż e kompletnie nie zna…
-- No pamiętam, a do czego dążysz, Granger? – zapytał bez ogródek Draco. Nigdy nie lubił zbędnych słów i nigdy niczego nie owijał w bawełnę. Wolał od razu przejść do sedna sprawy.
-- Wiesz… - wyjąkała Hermiona, nie bardzo wiedząc jak poprowadzić dalej tę rozmowę – Otóż, trochę racji miałeś w tym, że nie mam prawa oceniać niektórych aspektów bo cię nie znam. To samo tyczy się ciebie. Nie znasz mnie, a wyzywasz i kpisz. I uważam, że każdemu z nas zrobi dobrze jeśli będziemy mieć rozejm. – powiedziała, ale zaraz szybko dodała – Tylko chwilowy ma się rozumieć…
-- No nie wiem… - zawahał się chłopak – Wyzywanie cię i doprowadzanie do wściekłości stało się moim hobby. Ale dobra, niech ci będzie, Granger. Ale może zrobimy z tego mały zakładzik, co Granger? – zapytał z oczekiwaniem, Hermiona pokręciła głową, nigdy nie lubiła hazardu…
-- Dobra, Malfoy, zgoda. – zgodziła się – Więc przez jakiś czas mamy mieć rozejm i nie obrzucać się obelgami – powiedziała i dopiero wtedy zrozumiała jakie to będzie trudne… Ale teraz nie było już odwrotu
-- Czyli jak na nas to będzie cud – mruknął tylko chłopak powoli kierując trzon miotły w stronę ziemi. Czas na lądowanie…
-- A żebyś wiedział, Malfoy – szepnęła bezgłośnie Hermiona, gdy już dotknęła stopami ziemi. Lot był cudowny, mimo że leciała ze swym wrogiem, to dostarczył jej wiele radości i entuzjazmu. To była jedna z nielicznych chwil gdy Malfoy zachowywał się jak normalny człowiek. Ale mimo że w powietrzu czuła się świetnie, to jednak miło było mieć świadomość, że znów stąpa po twardej i stałej ziemi…
-- Blaise! – krzyknął głośno Draco, sprowadzając tym na ziemię swojego przyjaciela, który jak do tej pory wesoło śmigał między drzewami – Jesteś nam potrzebny – oznajmił. Brunet lekko i z wrodzoną gracją wylądował na ziemi, po czym luźnym krokiem podszedł do Hermiony i Draco z wiecznym uśmiechem.
-- Zawsze chętnie służę pomocą! – zawołał wesoło Diabeł stając obok nich – A do czegóż jestem wam potrzebny, wy moje…- zawahał się – ulubione ludziki… - Draco wywrócił oczami
-- Założyłem się z Granger, więc ty będziesz świadkiem naszego zakładu – odparł. Blaise zaklaskał w ręce. Po czym zza tylnej kieszeni wyjął różdżkę i szybko, tak by Hermiona i Draco niczego nie zauważyli wyczarował dwie małe bransoletki; jedną srebrną, drugą złotą.
-- Spoko, Smoku! – powiedział wesoło zamachał im przed nosem swoją świerkową różdżką – Złapcie się z ręce – zakomenderował. Hermiona z ociąganiem podała rękę blondynowi; nie miała najmniejszej ochoty słuchać jego uwag dotyczących dotyku szlamu. Ale ku jej zdziwieniu Malfoy niczego nie skomentował; jedynie wzdrygnął się pod wpływem jej dotyku, jednak nie powiedział ani słowa.
Draco szybko powiedział Zabiniemu treść ich zakładu i warunki, a Hermiona je powtórzyła. Z każdym ich słowem czerwono- zielone promienie owijały się wokół ich splecionych dłoni pieczętując ich zakład. Gdy skończyli Diabeł podał im wyczarowane wcześniej bransoletki; złotą dał Draconowi, a srebrną Hermionie
-- Będziecie je nosić do czasu trwania zakładu – oznajmił, gdy już je założyli. Ledwie udało mu się powstrzymać diabelski uśmiech, który błąkał mu się po twarzy – To jak, wracamy już do zamku? – zaproponował dziwnie wesołym tonem….
*
-- No to dobranoc, Miona – szepnął wesoło Blaise machając na pożegnanie Hermionie. Byli w zamku, w tej części korytarzy, gdzie musieli się rozdzielić, by dojść do swoich pokoi.
Hermiona ziewnęła. Dopiero teraz dotarło do niej jak bardzo jest zmęczona. Było już dwadzieścia minut po północy
-- Dobranoc, Blaise – opowiedziała brunetowi – Słodkich koszmarów, Malfoy – powiedziała z cynicznym uśmiechem do blondyna
-- Słodkich koszmarów, Granger – odparł w odwecie chłopak, pokazując Gryfonce język
-- I tak cię nienawidzę, Malfoy – szepnęła do niego na odchodnym
-- Ja ciebie też… - odszepnął Ślizgon, a Hermiona mogłaby przysiąc, że kącik jego warg drgnął w cieniu uśmiechu….

                                                           ***  

 
-- Witaj, Rolando – powtórzył Trevor siadając na ciemnej kanapie w pokoju pani Hooch. Rolanda przygryzła lekko wargę. Nie widziała La Ruse’a od dobrych czterdziestu lat i mimo, że kiedyś byli całkiem dobrymi kolegami czuła się lekko niezręcznie w jego towarzystwie
-- Witaj, Trevorze – powiedziała sztywno, siadając w fotelu, naprzeciwko niego – Co cię do mnie sprowadza? – zapytała nerwowo – Myślałam, że raczej zależy ci na rozmowie z Minerwą – szepnęła. Mężczyzna roześmiał się
-- Zależy mi, a  jakże. – odparł – Ale znasz Minerwę, nie chce mnie widzieć, a tym bardziej słuchać. A próbuję to wszystko naprawić od jakiś czterdziestu lat, moja droga. Ale jeszcze nic straconego – powiedział smutno – Wciąż wierzę, że pewnego dnia mi się uda. Ale dość o mnie, chciałbym usłyszeć, co u ciebie i Mike’a – powiedział z uśmiechem. Mike Hooch był jego najlepszym przyjacielem…
-- Dobrze, Mike prowadzi sklep w Hogsmead, mieszkamy tam wtedy, gdy mam wakacje od nauczania lub mogę sobie pozwolić na kilka dni bez obowiązków – uśmiechnęła się kobieta. Mike Hooch był jej mężem…
-- Cieszę się, że choć wam się poszczęściło, nawet jeśli ja i… Nawet jeśli ja i Ona nie mieliśmy tyle szczęścia – odchrząknął. – Słyszałem, że macie córkę – zmienił temat
--- Tak. Ma na imię Marie. Jest łamaczem klątw u Gringotta – powiedziała z uśmiechem. Marie była jej ukochanym i jedynym dzieckiem.
-- A więc odziedziczyła skłonność do przygód po rodzicach… - stwierdził Trevor. 
-- Można tak powiedzieć, Trevorze – uśmiechnęła się – A ty? Jak ci się powodziło we Francji? Ożeniłeś się…? – spytała z wahaniem
-- Powodziło mi się całkiem nieźle, ale nie… Nie ożeniłem się w ogóle. Kochałem tylko Ją – powiedział poważnie – Ale Ona po naszym rozstaniu, wyszła za mąż...  – stwierdził z goryczą, a Rolandzie zrobiło się go żal
-- Tak – przyznała – poślubiła Elphinstone Urquarta*. Ale ich małżeństwo trwało tylko trzy lata – dodała szybko
-- Jak dla mnie to o trzy lata za dużo – burknął Trevor, a zegar na ścianie wybił północ. La Ruse wstał i skierował się do drzwi – Musze już lecieć, Rolando. Pozdrów ode mnie Mike’a – powiedział – Dobranoc
-- Zaczekaj – zawołała szybko i podbiegłszy do komody wyciągnęła z jednej z szuflad stary album. Prędko go przekartkowała i wyjęła jedno zdjęcie – Proszę Trevorze. To dla ciebie. Żeby udało ci się to wszystko odkręcić – szepnęła. Trevor wyszedł z pokoju Rolandy i szybko skierował się do własnego pokoju co jakiś czas zerkając na podarowane zdjęcie jego ukochanej...





* Elphinstone Urquart - postać kanoniczna, wymyślona przez Rowling. prawdziwy mąż McGonagall


A teraz zagadka :DD
Kto odgadnie jakie postacie z tego opowiadania są na tym zdjęciu? :D